Do stworzenia tego wpisu zainspirowały mnie wydarzenia dnia wczorajszego. Zaczęło się od tego, że siostra pokazała mi filmik, na którym mężczyzna niewiele starszy ode mnie opowiada o tym, że „kiedyś” było lepiej. Później, wieczorem, kątem oka zerkałam na kabaret w telewizji. Skecz pokazywał, jak bardzo zagubiona czuje się „dzisiejsza” młodzież, gdy zabraknie prądu. I zaczęłam się zastanawiać… Zadałam rodzicom pytanie, czy w czasach ich młodości również narzekano na to, że dawniej było lepiej. Jaką dostałam odpowiedź? Oczywiście, że narzekano. Podejrzewam, że gdybym miała możliwość cofnąć się o kilka pokoleń, każde z nich odpowiedziałoby tak samo.

I dzisiaj chciałam to skomentować. Układałam już w głowie scenariusz tego posta, gdy nagle zapaliła mi się taka lampeczka, jak w kreskówkach ;). Zaczęłam się zastanawiać: moda na gloryfikację dawnych czasów niby jeszcze jest, ale powoli przemija. Zamiast tego zaczynają się pojawiać komentarze w stylu tego, który ja właśnie chciałam napisać. Że nasze czasy nie są lepsze czy gorsze, są po prostu inne. Mamy internet, który jest ogromnym dobrodziejstwem, jeśli się wie, jak go wykorzystać. I tak dalej, i tak dalej… Ale skoro niedługo właśnie takie rozumowanie stanie się trendem i będzie o tym głośno – czym to się będzie różniło od tego, co jest teraz?

Podobno wszystko zostało już powiedziane, napisane, ale każdą historię możemy opowiedzieć po swojemu. Może i tak, ale to wciąż będzie wałkowanie jednego i tego samego tematu. A ja tego chciałam uniknąć, w tym moim małym, własnym miejscu, które kilkadziesiąt lat temu nie miałoby możliwości, by w ogóle powstać. To sobie ślubowałam, wykupując domenę. Dlatego dzisiaj nie będzie o tym, że kiedyś było lepiej. Zamiast tego wrzucam tutaj tekst, który napisałam trzy lata temu. Gdybym miała to napisać teraz, pewnie wyglądałby nieco inaczej. Ale wtedy to też byłam ja. Każde wypowiedziane, napisane wtedy słowo, każda zrobiona rzecz wpłynęła na to, jaka jestem teraz.

Bo mi to zawsze wiatr w oczy. Bo ktoś się na mnie uwziął i to wcale nie moja wina. Bo dzisiaj mam beznadziejny dzień i lepiej się do mnie nie odzywać. Mam depresję, nerwicę, nie mam pieniędzy, czasu, nikt mnie nie kocha. 

Chciałabym wiedzieć, ilu ludzi tak nie myśli. Nawet teraz, pisząc te słowa, słyszę narzekanie. Słyszę je od innych, ale także w mojej głowie. Nie podoba mi się wiele rzeczy, na które mam bardo mały, albo wręcz żaden wpływ. Kolejny raz rozszczepiam je na kawałki, analizuję, myślę jak sprawić, by niemożliwe zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Wytwarzam nowe problemy, przez które czuję napięcie w karku. Ale nie potrafię już odróżnić, co tu jest prawdą a co fikcją. Być może naprawdę istnieją podstawy do tego, bym czuła się źle. Z pewnością nie mogę nazwać siebie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Po części z powodów niezależnych ode mnie. Ale gdy tak głębiej się zastanowić, wiele mogłabym zmienić. Zacząć od samego początku, małych kroczków i z czasem osiągać więcej. Ale po co? Ludzie dzisiaj chcą być nieszczęśliwi. Widząc czyjeś nieszczęście już nie cieszą się z tego jak kiedyś. Już nie myślą „jak dobrze, że to nie spotkało mnie”. Wręcz przeciwnie. Jest mi źle, ale jemu bardziej. Jak to, coś tu chyba nie tak. Więc robię wszystko, aby tylko przytrafiało mi się nieszczęście za nieszczęściem. I przez chwilę znów jestem na szczycie. 

Zastanawiam się dlaczego tak właśnie jest. Czy to przez to, że ludzie nieszczęśliwi są bardziej zauważani? W mediach nie pokazuje się szczęśliwców. Mało kogo obchodzi radość innych ludzi. Za to smutki i tragedie są ciekawsze, budzą zainteresowanie i współczucie. Czy my po prostu chcemy być zauważeni, chcemy prześcigiwać się w ilości nieszczęść? Czy o to właśnie nam chodzi?

 

Chciałam jeszcze dodać, że obserwuję sobie statystyki i może niewiele osób mnie czyta, ale serce mi rośnie, gdy widzę liczbę odsłon różnych wpisów. Bo to oznacza, że jak już ktoś wchodzi do mojego świata, to w nim zostaje. Chociaż pozostajecie dla mnie anonimowi, dziękuję. Chociaż nie widzę komentarzy, wiem, że jesteście i mam dla kogo pisać.

Mimo wszystko zachęcam do dyskusji i obserwowania mnie na Facebooku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *