Na Trzy kroki od siebie poszłam właściwie głównie dlatego, że chciałam obejrzeć coś w kinie, a nie leciało akurat nic ciekawego. Nastawiłam się na film do popłakania, czyli coś w stylu Gwiazd naszych wina, albo Now is good.

Wcale nie mówię, że to źle. Obejrzałam zwiastun i poszłam do kina z myślą, że to będzie przyjemny seans, w sam raz na oderwanie się od pracy. I biję się w pierś, jak bardzo nie wierzyłam w ten film.

Dwoje chorych nastolatków trzy kroki od siebie

Fabuła zapowiadała się dość typowo. Chora na mukowiscydozę Stella poznaje w szpitalu Willa, nastolatka z tą samą dolegliwością. I to mówi już naprawdę wiele, prawda? Spokojnie można domyślać się, co było dalej.

Kadr z filmu Trzy kroki od siebie
Kadr z filmu „Trzy kroki od siebie”

Ale w tym filmie zupełnie nie o to chodziło. Jednak zacznijmy od początku: od podstępnej, wyniszczającej stopniowo choroby.

Trzy kroki od siebie to odległość, jaką musieli utrzymywać między sobą Stella i Will. A także pozostali chorzy na mukowiscydozę, którzy przebywali w tym szpitalu.

Mogli ze sobą rozmawiać, jadać razem posiłki, spędzać czas, ale wszystko to z zachowaniem dystansu. Bez pocieszającego poklepania po plecach, bez przyjacielskiego uścisku i bez trzymania za rękę, gdy to drugie się czegoś boi.

To nie jest choroba, która pojawia się nagle

Trzy kroki od siebie różni się od większości filmów tego typu głównie jedną rzeczą: bohaterowie tej historii żyją ze swoją chorobą od zawsze.

Często nie zaznają nawet normalnego dzieciństwa. Omija ich wiele przygód i tych sytuacji, które spotykają zdrowych ludzi.

I w tym filmie zostało to naprawdę świetnie pokazane. Ogromne brawa należą się tutaj Haley Lu Richardson, czyli aktorce grającej Stellę. Trochę głupio mówić o naturalności w przypadku takiej tematyki, ale to jest właśnie coś, co czuło się podczas seansu Trzy kroki od siebie.

Kadr z filmu "Trzy kroki od siebie"
Kadr z filmu „Trzy kroki od siebie”

Nie trzeba było z pożenowaniem rozglądać się po sali, czekać, aż minie atak udawanego kaszlu. Haley była tak autentyczna, że pozwoliła mi zatracić się w tej historii, a o to przecież chodzi.

Życie, które cię omija

Nie ma sensu rozpisywać się nad tym, co w tym filmie było dobre, a co złe. Nad obrazem, dźwiękiem czy scenariuszem. Bo wiecie, co sprawia, że Trzy kroki od siebie zapamiętam na długo?

Codzienność, którą chore osoby doceniają dużo bardziej od tych zdrowych. Zwykłe-niezwykłe drobnostki, dzięki którym jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. I to, że możemy pozwolić sobie na spontaniczność, dążyć do czegoś, gonić za marzeniami (w tym miejscu włączam piosenkę, która w 4 minutach przekazuje właśnie to, o czym ja piszę:)

To jedna z piosenek z filmu „Tamte dni, tamte noce”. Film średni, ale soundtrack przepiękny. Kliknij tutaj, jeśli chcesz przeczytać moją recenzję na temat filmu i książki.

Myślę, że właśnie o to w tym filmie chodziło. A przynajmniej ja tak to widzę. I muszę przyznać, że Trzy kroki od siebie są filmem dla każdego, nie tylko dla nastolatek spragnionych romantycznych historii.

I jeszcze jedno – nigdy nie byłam na takim seansie, podczas którego pół sali płakało tak, jakby się świat kończył. To naprawdę o czymś świadczy.

2 thoughts on “„Trzy kroki od siebie” – łzawy film dla nastolatek?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *