Tytuł Tamte dni, tamte noce (Call me by your name) powraca do mnie z wielu stron. Widywałam okładkę, gdy przeglądałam repertuar kina, widzę znajome twarze wchodząc na Facebooka czy Instagrama. Także na blogach pojawiają się recenzje, zachęty i zachwyty. Nic więc dziwnego, że w końcu i ja uległam i postanowiłam obejrzeć film. Mam jednak taką zasadę, że jeśli film powstał na podstawie książki, najpierw zapoznaję się także z nią. Więc tak: przeczytałam, co miałam przeczytać i obejrzałam, co miałam obejrzeć, a teraz mogę Wam opowiedzieć, dlaczego Tamte dni, Tamte noce (Call me by your name) podwójnie mnie nie zachwyciły.

PIĘKNA HISTORIA I ZAPRZEPASZCZONE NADZIEJE

Zanim zaczęłam czytać książkę, byłam już nieźle wkręcona w całą historię. W głośnikach coraz częściej leciał soundtrack z filmu, a ja obejrzałam trailer i wiedziałam już, że czeka mnie coś dobrego. Zaczęłam więc zagłębiać się w lekturę, udając, że wszystkie obowiązki nagle gdzieś zniknęły. Książka jest krótka, dlatego spodziewałam się, że nie będzie w niej zbyt wiele akcji, a autor skupi się raczej na emocjach i głównych bohaterach.

Na początku ciężko było mi się wkręcić i przyzwyczaić do specyficznej narracji, bowiem powieść w przeważającej części składa się z opisu myśli głównego bohatera, Elio. Jednak już po chwili przestałam zwracać na to uwagę, chociaż nie ukrywam, gdyby książka była dłuższa, raczej nie dałoby się tego czytać.

Elio to siedemnastolatek mieszkający w domu, w którym rozmowy o wielkich postaciach, muzyce i książkach są na porządku dziennym. Jego rodzice od lat zapraszają do siebie na wakacje doktorantów, którzy w zamian za drobną pomoc, mogą przez całe lato w spokoju pracować nad swoimi badaniami, a wszystko to w pięknej włoskiej scenerii. Gdy pojawia się Oliver, Elio czuje, że te wakacje nie będą nudne. Czytelnik jest świadkiem, jak od samego początku myśli nastolatka wędrują ku mężczyźnie, jak inaczej zachowuje się w jego towarzystwie, jak zwraca uwagę na najmniejsze szczegóły z nim związane. Ten początek naprawdę czytałam z dużym zaciekawieniem i szacunkiem dla autora, któremu udało się to pokazać w odpowiedni sposób. Jednak gdy uczucie rodzące się między Elio a Oliverem zaczyna przybierać konkretny kształt, cała powieść powoli zmierza ku katastrofie.

Tamte dni, Tamte noce to historia, która miała ogromny potencjał. To uczucia, które rozbudzały się w czytelniku, to piękna miłość, a raczej coś, czego nie można nazwać wprost. Dopóki Elio trzymał to w sobie, dopóki nie doszło do pierwszego pocałunku, pierwszej wspólnej nocy, dopóki książka nie zaczęła przypominać taniego porno. Bo niestety, dla mnie to był czynnik, który sprawił, że czytałam z coraz mniejszą ochotą. Coś, co było sporą zaletą historii, odróżniającą ją od innych tego typu, z czasem zaczęło zanikać, a zastąpiło ją pożądanie i seks, dużo seksu. Gdyby tylko autor zrobił to subtelniej, wplatał to pożądanie stopniowo i ze smakiem… Cóż, wtedy powieść z pewnością byłaby dla mnie jedną z lepszych, jakie kiedykolwiek przeczytałam.

NUDY, NUDY I JESZCZE RAZ PIĘKNA MUZYKA

Mimo rozczarowania książką, film i tak chciałam obejrzeć. Na początku porwały mnie widoki, piękny język, ekspresja Włochów. Miło było patrzeć na budzące się słońce, gdy pogoda za oknem kolejny raz brutalnie zabijała moje nadzieje na wiosnę. Wspaniała była też oczywiście muzyka, ale to już wiedziałam, bo słuchałam jej na okrągło jeszcze zanim zobaczyłam film.

Zaczynało się wcale nieźle. Klimat tamtych lat i miejsc sprawiał, że seans był przyjemny. Do czasu… Tamte dni, Tamte noce oglądałam z chłopakiem i wytrzymaliśmy jakoś do połowy. Dopóki Elio nie zaczął kręcić biodrami jak mała dziewczynka. Dopóki, ni z tego, ni z owego, między mężczyznami nie doszło do pocałunku. W książce wyglądało to inaczej – do tego pierwszego pocałunku prowadził cały szereg logicznych i spójnych zdarzeń. W filmie wyglądało to na jakąś totalnie przypadkową scenę. I tak, wytrwaliśmy do połowy. Jednak nie lubię zostawiać rzeczy nieskończonych, dlatego dwa dni później wróciłam do filmu, już sama, przewijając co nudniejsze sceny.

Czekałam na końcówkę, bo w książce była ona naprawdę emocjonalna i ciekawiło mnie, jak przedstawiono to w filmie. Muszę przyznać, że była to chyba jego najlepsza część, zresztą gdy później czytałam opinie innych, wiele osób miało podobne zdanie. Jednak to chyba trochę za mało, by powiedzieć, że seans był przyjemny.

Czy książka była słaba?

Nie, powieść miała duży potencjał i przez pewien czas utrzymywała wysoki poziom. Później było już różnie, jednak łącznie wyszło z tego coś, co można przeczytać, ale bez nastawiania się na arcydzieło. Ja miałam chyba zbyt wielkie nadzieje, bo tytuł Tamte dni, tamte noce zwyczajnie mnie rozczarował.

Czy film był słaby?

Dla mnie tak. Niestety ostatnie 20 minut, piękna muzyka i sceneria nie są w stanie ukryć tego, że przez większość czasu byłam znudzona, czasami zdziwiona, innym razem poirytowana. Gra aktorska głównego bohatera też pozostawiała wiele do życzenia. Ja nie miałam okazji zauważyć tej niezwykłej historii, wczuć się w nią i przepłynąć przez seans z przyjemnością. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przewijałam jakiś film w trakcie, a tutaj niestety inaczej się nie dało.

Czy polecam Tamte dni, tamte noce (Call me by your name)?

Polecam obejrzeć film, jeśli ktoś ma zbyt wiele wolnego czasu i cierpliwości, bo jest szansa, że odnajdzie te zawoalowane wartości, które reżyser chyba próbował przekazać. Książkę przeczytać też można, bo początek jest naprawdę niezły, a może i w pozostałej części ktoś odkryje coś, co ja błędnie zinterpretowałam?

Tak czy siak, podzielcie się wrażeniami, jeśli Tamte dni, tamte noce mieliście okazję obejrzeć lub przeczytać. Ciekawa jestem Waszych wrażeń!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *