Dziś, zaczynając tym samym serię wpisów na temat moich studiów, chciałabym opowiedzieć, jak to było, zanim te studia się w ogóle zaczęły, czego się spodziewałam i co dostałam.

Koniec liceum był dla mnie czasem radości i beztroski, a jednocześnie stresu, gdy oczekiwałam na wyniki matur. Wybrałam sobie kierunek, na którym próg punktowy był dość wysoki, a na żaden inny iść nie chciałam. Gdybym miała przeżywać to jeszcze raz, wiem, że teraz w ogóle bym się tym nie przejmowała.

  • 1. Progi punktowe

    Studiuję Automatykę i Robotykę na Politechnice Wrocławskiej. Jeśli chodzi o ten kierunek, do wyboru miałam trzy wydziały – Elektryczny, Mechaniczny i Elektroniki – ten, na którym jestem.
    Na maturze pisałam rozszerzenia z matematyki, fizyki, angielskiego i polskiego (nie pytajcie ;)). Matematyka poszła mi bardzo dobrze, fizyka średnio, ale wciąż zadowalająco. Szłam na studia w październiku 2015, przy wyborze kierunku patrzyłam więc na progi punktowe z roku poprzedniego.
    W 2014 było to około 233 punktów, natomiast w 2015 to już 282. Rok później próg znów podskoczył o kilkanaście punktów. Porównując to z kierunkami, na których próg oscyluje w okolicach 150 punktów, byłam trochę przerażona.
    Koniec końców, gdy przyszły wyniki matur, okazało się, że mam prawie 100 punktów więcej, niż było to wymagane. Gdybym miała pisać maturę jeszcze raz, zrobiłabym to samo, co dwa lata temu – skupiłabym się głównie na matematyce, bo to jest coś, co lubię i potrafię. Jeśli chodzi o fizykę, to wiedza z lekcji i przerabianie matur wystarczyły, by napisać to przyzwoicie.

    2. Nie taki diabeł straszny, jak go malują

    Na większości kierunków na politechnice na pierwszym roku pojawia się coś takiego, jak analiza matematyczna. Podobno postrach wszystkich studentów 🙂 Okropne statystyki straszyły zewsząd – również z ust samych wykładowców. Szłam na pierwsze zajęcia z myślą, że będzie, co ma być. Dopiero zapoznawałam się z samą formą studiów, więc chodziłam grzecznie na wszystkie wykłady i przygotowywałam się w domu na ćwiczenia. Nadeszła połowa semestru, pierwsze kolokwium. I co? No nic, przyszłam, napisałam, zgarnęłam maksymalną ilość punktów. Patrzyłam ze zdziwieniem na tych, którzy narzekali, że trudne, oni nie potrafią i co to w ogóle ma być. Szczerze? Niektóre sprawdziany w liceum miałam trudniejsze 😉
    Wniosek z tego taki, że zamiast narzekać i od początku nastawiać się negatywnie, wystarczy uczestniczyć aktywnie w wykładach i uczyć się na bieżąco. Faktem jest, że ja miałam naprawdę dobre przygotowanie z liceum i część rzeczy wiedziałam już wcześniej, ale moim znajomym, którzy nie mieli tego szczęścia, też udało się bez problemu zaliczyć.
    Statystyki jednak nie biorą się znikąd, tym razem także duża część kierunku oblała analizę. Jeśli studia jeszcze przed Tobą, radzę Ci nie słuchać, jacy to studenci są głupi i po prostu sumiennie przygotować się do zaliczenia.

    3. Studia to nie liceum

    Do tej pory zastanawiam się, dlaczego na pierwszym semestrze było tak mało zajęć i, w moim przypadku, aż trzy z nich to były kursy humanistyczne. Przecież jesteśmy wtedy pełni energii po najdłuższych wakacjach w życiu, najbardziej chce nam się uczyć, bo przecież studia to taka nowość, a co za tym idzie – także pewna ekscytacja.
    Z drugiej jednak strony, widzę w tym pewną zaletę. Studia wyglądają zupełnie inaczej niż szkoła średnia i na początku można przeżyć mały szok.
    Po pierwsze: wykłady trwające 1,5 h bez przerwy, na których machasz długopisem jak mały robot. Owszem, są też takie, na których jedyną dobrą opcją jest drzemka lub jakaś ciekawa książka. Ale z tych czysto matematycznych przedmiotów często wychodzi się z gorącą i bolącą głową.
    Po drugie: zajęcia o różnych porach dnia. Na PWrze w większości przypadków dzień zaczyna się o 7.30, a kończy o 20.35. Mało kto jest na tyle szalony, by zapchać sobie cały dzień od rana do wieczora, ale zdarza się na przykład, że dla niektórych zajęcia zaczynają się dopiero po południu. Na początku takie przestawianie się może nie być łatwe i powodować, że ciężko się zorganizować i zaplanować coś innego w ciągu dnia. O układaniu planu na pewno będzie też osobny wpis.
    Po trzecie:  tutaj nikt nie martwi się za Ciebie, czy zaliczysz jakiś kurs, czy też nie. Nie ma biegania tak, jak za uczniem w szkole średniej, nie ma poprawiania w nieskończoność. W swojej karierze studenckiej miałam już takie kursy, na których był jeden termin zaliczenia. Jak ktoś nie zaliczył, to trudno.
    Po czwarte: „student to człowiek poszukujący wiedzy”. W ciągu dwóch lat usłyszałam to zdanie w różnych formach. Co o tym myślę – to już inna sprawa, ale faktem jest, że spora część prowadzących tak właśnie uważa. Na niektóre zajęcia przychodzi się tylko po to, żeby coś oddać. Nikt Ci nie powie, jak masz to zrobić, na laboratoriach nie będziecie się uczyć, Wy już macie to umieć. Oczywiście nie zawsze tak jest, ale taka forma zajęć niestety przeważa.

    Pisać o tym można w nieskończoność, dlatego na pewno powstanie więcej części tego wpisu. Do następnego! 🙂

2 thoughts on “Studia na politechnice – historia prawdziwa, część I”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *