Ci, którzy czytają mnie nieco uważniej i śledzą nie tylko na blogu, wiedzą, że jakiś czas temu zaczęłam post dr Dąbrowskiej. Dziś chciałabym Wam pokrótce opowiedzieć, na czym on polega i jak to wszystko wyglądało u mnie.

Na czym polega post dr Dąbrowskiej?

Post dr Dąbrowskiej, inaczej nazywany warzywno-owocowym lub postem Daniela, ma na celu oczyścić nasz organizm z toksyn, dostarczyć witamin i mikroelementów oraz włączyć proces samoleczenia. Podczas jego trwania można jeść wyłącznie ściśle określone warzywa (nie można m.in. strączkowych i wszystkich wysokoskrobiowych) i owoce niskocukrowe, co w tym przypadku oznacza praktycznie tylko jabłka, cytryny i grejpfruty. Dodatkowo dzienne porcje jedzenia nie powinny przekraczać 800 kcal. Nie można pić kawy, alkoholu, mocnej herbaty ani palić papierosów. Należy za to wypijać dużo wody 🙂

Głodówka powinna trwać minimalnie 2 tygodnie, maksymalnie 6. Na początku możliwy jest duży spadek energii, a także „kryzysy ozdrowieńcze”, czyli bóle głowy, stawów i innych części ciała, z którymi na co dzień mamy problem, zdarza się także gorączka. Post jest zalecany osobom, które zmagają się z różnymi chorobami i u których leczenie farmakologiczne nie przynosi pożądanych rezultatów. Oczywiście w takich przypadkach pierwsze, co trzeba zrobić, to wizyta u lekarza. Na tej diecie należy odstawić leki, a nie radzę robić tego na własną rękę! To tak w wielkim skrócie – odsyłam jednak do strony dr Ewy Dąbrowskiej oraz jej książek, gdzie można dowiedzieć się wiele więcej.

Jak post przebiegał u mnie?

Noo, to teraz opowiem Wam, jak to było u mnie. Ja pierwszy raz o tym poście usłyszałam ponad pół roku temu i chciałam wtedy tego spróbować. Zrobiłam to jednak bez żadnego przygotowania, szybko i byle jak. W dodatku zimą, czyli wybrałam najgorszą możliwą porę roku. Ba, to było jeszcze tuż przed sesją! Poza tym nie znałam żadnych przepisów, a zajadanie surowej marchewki i papryki szybko mi się znudziło – po 4 dniach zrezygnowałam.

Teraz jednak planowałam to już od dłuższego czasu. Wiedziałam, że w sierpniu czeka mnie kilka tygodni, podczas których będę w mieszkaniu sama i chciałam to wykorzystać. Uwierzcie – zupełnie inaczej się pości, gdy nikt obok nie kusi Was niedozwolonym jedzeniem. Idziecie do warzywniaczka, kupujecie tylko to, co konieczne i nic innego w domu nie ma. W taki sposób jest duuużo prościej.

Założyłam sobie, że zrobię te minimalne dwa tygodnie, ale w głowie siedziało mi: „jak zrobisz chociaż tydzień, to też będzie dobrze”. Nie spinałam się, wiedziałam, że będę miała więcej czasu na odpoczynek i że robię to dla siebie. Właśnie, dlaczego w ogóle postanowiłam rozpocząć post dr Dąbrowskiej?

Przede wszystkim widziałam, że w ciągu ostatnich kilku tygodni jadałam same świństwa, czułam się ociężała, bez energii. Pobolewała mnie głowa i żołądek i czułam się po prostu nie najlepiej. W dodatku badania pokazały, że mam nieco podwyższone TSH – nie kwalifikowało się to jeszcze do leczenia, ale dla mnie było wystarczającym powodem, by coś ze sobą zrobić. Gdy tylko ponowię badania i odwiedzę lekarza, edytuję ten post o nowe wyniki.

Jak przygotować się do diety warzywno-owocowej?

Zaleca się, by tydzień wcześniej w swoim jadłospisie umieszczać głównie warzywa i owoce, powoli odstawiać kawę i przetworzone jedzenie. Moim zdaniem fajnie jest też szukać już ciekawych przepisów, zrobić sobie może jakąś rozpiskę dań. Dobrym pomysłem jest także poczytanie o tym, jak ten post wyglądał u innych osób, jest również sporo filmów. Na youtube znajdziemy nawet wykłady samej dr Dąbrowskiej (część pierwsza i druga). Nie będę oszukiwać – ja ich jeszcze nie słuchałam, ale chcę nadrobić. Można sobie przecież puścić w tle do sprzątania czy podczas ćwiczeń.

No i co do jedzenia – ja z mięsnych obiadków u mamy i czekoladowych deserów przeszłam od razu do postu. Nie było to takie straszne, bo ja się właściwie nie mogłam już doczekać, ale wiedziałam, że najpierw muszę wrócić do Wrocławia. Jeśli jednak warzywa i owoce są obce w Twojej diecie – zrób sobie ten tydzień przygotowania, bo inaczej szybko się poddasz i zawiedziesz.

Podczas dwóch tygodni postu zaobserwowałam u siebie takie trzy różne fazy, według których podzieliłam te 14 dni. W taki też oto sposób opiszę Wam moje spostrzeżenia 🙂

Dzień 1-5

Początek był… dziwny. Niby czekałam już z utęsknieniem, aż będę mogła zacząć post dr Dąbrowskiej, ale jakoś tak zjadłoby się na śniadanie owsiankę, albo bananowe placuszki. Stwierdziłam jednak, że co to są te dwa tygodnie, minie raz dwa i nie mam się czym przejmować. Zaczęłam sobie liczyć kalorie, bo nie byłam pewna, ile ja faktycznie zjadam. Wieczorem odczuwałam głód, ale zagryzałam go marchewką. Wychodziło mi coś około 600-700 kcal, bo jadłam dosłownie co chwilę.

Drugiego dnia nie mogłam się dobudzić. Spałam ponad 9 godzin, a po południu potrzebowałam jeszcze drzemki. Poziom energii spadł drastycznie, ale jedzenie nawet mi smakowało. Leczo warzywne wyszło przepyszne, a ja nauczyłam się, że „podsmażyć” cebulkę można nawet na wodzie. Praktycznie nic mnie nie bolało, ale byłam przygotowana na to, że wszystko jeszcze przede mną.

Po trzecim i czwartym dniu zasypiałam z opuchniętymi i bolącymi stawami, a budziłam się w środku nocy z gorączką. Rano wszystko wracało do normy, tylko spałam coraz dłużej. Wyłączałam budzik i natychmiast zasypiałam ponownie. Pozwoliłam sobie na to, bo najwidoczniej mój organizm tego potrzebował. Nadal starałam się dobijać do tych 600-700 kcal, ale było coraz trudniej, bo męczyło mnie wieczne stanie przy garach, a po zjedzeniu trzech marchewek bilans rósł o zawrotne 50 kcal. Przestałam jednak czuć głód i nie myślałam tak bardzo o jedzeniu.

Piątego dnia zastanawiałam się, kiedy to wszystko zleciało. Moje ambicje podpowiadały mi, że może przedłużę post i jednak wytrzymam 3 tygodnie. Brałam to pod uwagę, ale z ostatecznym werdyktem chciałam poczekać do dnia czternastego. Dużym plusem było to, że czułam się znacznie lżej, miałam wrażenie, że mój żołądek jest pusty. Powróciło też trochę energii i mimo że nadal spałam sporo, w ciągu dnia chciało mi się robić dużo więcej.

Przepis na kotleciki z kalafiora można znaleźć na moim Instagramie

Dzień 6-10

W tym okresie właściwie było mi już wszystko jedno. Jadłam dużo mniej, bo częściej byłam poza domem. Poza tym momentami nie mogłam już na to patrzeć i niemalże zwymiotowałam nad leczo. Przez dwa dni tak bardzo bolał mnie prawy bark i ramię, że prawie płakałam. Nie pomagały masaże, ciepłe okłady.

Dodatkowo zauważyłam spadek poziomu magnezu. Dwie noce z rzędu łapały mnie soczyste skurcze w łydkach, trwające dłużej niż kiedykolwiek. W dzień nieomal chodziłam po ścianach, a właściwie skakałam i ciągle musiałam coś chwytać, robić. Nie mogłam usiedzieć na tyłku dłużej niż dwie minuty, nie było mowy, żeby skupić się na jednej czynności. Plus moje serducho waliło w najlepsze – tak, to wszystko to są u mnie objawy braku magnezu 😀

Zaczęłam śnić o milce oreo. Jeśli wyszukacie sobie na Instagramie #foodporn – będziecie już wiedzieć, jak wyglądało 90% moich myśli. Zbliżała mi się miesiączka, a ja zawsze kilka dni przed mam ogromne zachcianki. Zawsze sobie na to pozwalałam, bo wolałam zjeść czekoladę i móc zająć się w końcu pracą, niż rozpraszać się co chwilę myślami o jedzeniu. Tym razem jednak byłam dzielna – naprawdę, podziwiam samą siebie. Jeżeli też macie takie ciężkie zachcianki przedokresowe, to zrozumiecie, jak się wtedy czułam. Ratowałam się oglądaniem wegańskich foodbooków i wiedziałam już, że po tych czternastu dniach wiele się w moim sposobie odżywiania zmieni.

Skończyły się także drzemki w ciągu dnia. Co prawda nadal nie wystarczało mi 7,5 h snu, ale nie przejmowałam się tym. Z rana miałam mnóstwo energii i cieszyłam się, że udało mi się już kilka tych dni przetrwać. Hitem stały się kotlety z kalafiora, warzywa w curry i zupa w stylu „wrzucam do garnka wszystko, co się da”. W tamtym czasie jadłam jakieś 400 kcal dziennie.

Dziesiątego dnia przyszedł on. OKRES. Na początku było super, nawet nie bolał mnie jakoś mocno brzuch, więc zadowolona wyszłam z domu na korki. W autobusie wiedziałam już, że muszę czym prędzej zażyć coś mocno przeciwbólowego, bo inaczej zginę. Tym oto sposobem dwa dni byłam na prochach, a mimo to zaliczam ten okres do jednych z najgorszych. (Co do tabletek przeciwbólowych – jeśli jest taka konieczność, są one w diecie dozwolone).

Dzień 11-14

Zaczęło się wielkie odliczanie. Wiedziałam już, że nic mnie nie powstrzyma przed tym, żeby spokojnie wytrzymać te dwa tygodnie. Zastanawiałam się też bardziej poważnie, czy nie przedłużyć postu. Zrobiłabym to, bo czułam, że już mi wszystko jedno, co jest na moim talerzu i równie dobrze zamiast makaronu mogłam dalej opychać się marchewką i brokułem. Było jednak kilka „ale”. Po pierwsze, magnez. Ja nie przepadam za szpinakiem, nie znoszę jarmużu, sałatę lodową i rukolę uwielbiam, ale nie na sucho. Nie miałam więc za bardzo skąd dostarczać sobie tego pierwiastka. Serce nadal szalało i ogólnie czułam się średnio.

Po drugie, jadłam bardzo mało. Wieczorem potrafiłam się zorientować, że wrzuciłam w siebie jedynie 200 kcal, więc dopychałam się marchewką, „żeby nie było”. W ogóle nie miałam ochoty na jedzenie, odrzucało mnie od brukselki, pomidorów. Stwierdziłam zatem, że robię to 14 dni i na tym koniec. Bałam się, że jeśli pociągnę to dłużej, mogę sobie przynieść więcej szkód niż pożytku.

Mocno jednak zmieniło się moje zdanie na temat żywienia. Nigdy nie byłam jakąś superfanką mięsa, ale w rodzinnym domu na obiad to była podstawa. Później, jak już zamieszkałam z chłopakiem, logiczne było, że nie będę go karmić warzywami. Jadałam głównie drób, bo żeby jakaś wieprzowina przeszła mi przez gardło, musiała być naprawdę dobrze przygotowana. Owoce też zawsze były obecne w mojej diecie. Ale co z warzywami? Wydawało mi się, że je jem, ale teraz tak z ręką na sercu: nie było tego zbyt wiele.

Zaczynając tych kilka ostatnich dni postu, wiedziałam już, że nie wrócę do tego, co jadałam jeszcze kilka tygodni temu. Widziałam wyraźną różnicę w moim samopoczuciu, więc po co miałabym ponownie skazywać się na zatruwanie swojego organizmu?

Dnia czternastego wyruszyłam na zakupy, aby zaopatrzyć się w coś na wychodzenie z diety. Bo to nie jest tak, że zaraz potem można już jeść wszystko. No, chyba że chcecie zmarnować wszystkie efekty.

Post dr Dąbrowskiej – na czym polega wychodzenie z niego?

Mówi się, że wychodzić z postu powinno się tyle dni, ile się na nim było. Ja byłam dwa tygodnie, ale wychodzić będę z pewnością dłużej, bo nie wyobrażam sobie, żeby ze zjadanych 400 kcal przeskoczyć nagle w prawie 2000.

Pierwszego tygodnia wychodzenia z diety zaleca się po prostu włączenie do menu pozostałych warzyw i owoców, ale nie powinno się przekraczać 1000 kcal. W kolejnym tygodniu dodajemy 200 kcal i wprowadzamy powoli inne produkty. Dokładną rozpiskę też można znaleźć u dr Dąbrowskiej, ale moim zdaniem ważne jest, żeby po prostu robić to z głową. Czyli wiadomo, nie rzucamy się od razu na pizzę i chipsy. Jeśli nie przechodzi nam ochota na coś słodkiego czy słonego, to zjadamy to, tylko małą porcję. I tak z tygodnia na tydzień zwiększamy nasz bilans kaloryczny o 200 kcal, aż dojdziemy do momentu, w którym będziemy dostarczać sobie tyle energii, ile jest konieczne do normalnego funkcjonowania i utrzymania wagi.

Jak wytrwać na diecie?

Nie będę ukrywać, że momentami było naprawdę ciężko. Gdzieś w połowie złapała mnie straszna ochota na słodkie i nie odpuszczała do końca. A najgorsze były wieczory, gdy człowiek siedział w domu i strasznie chciałoby się odpalić jakiś film, pogryzając do tego popcorn. Jak ja sobie w takich przypadkach radziłam?

Oglądałam dużo filmików osób, które też były/są na tej diecie. Te kilkanaście minut wystarczało, by zapomnieć o głodzie na coś innego i po prostu łapałam marchewkę. Inspirowałam się także różnymi przepisami, nie tylko tymi dozwolonymi na poście, ale również innymi wegańskim foodbookami. Uwierzcie, że w ogóle nie miałam ochoty na niezdrowe jedzenie! Marzyłam już tylko o owsiance i łososiu. Właśnie do łososia też mnie strasznie ciągnęło 😀

Nie radzę też w trakcie trwania postu umawiać się na większe wyjścia czy nawet kawę. Kawy nie można, a będzie kusić i wiadomo  – do tego musi być też jakieś ciasteczko. No po co się tak męczyć? Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal 🙂

Tak jak już wcześniej wspominałam, ja byłam w tym czasie sama w mieszkaniu i bardzo pomogło mi to, że kupowałam tylko dozwolone produkty i praktycznie nic innego nie miałam. Nie było więc opcji, że będę coś w nocy podjadać 😉 Jeśli nie możecie pozwolić sobie na taki luksus jak ja, przynajmniej wytłumaczcie rodzinie, jakie to dla Was ważne, żeby nie kusili Was innym jedzeniem i nie wmawiali, że „kawałek to można”. Dobrze jest też o swoich zamiarach rozpowiedzieć jak największej ilości osób, bo wtedy będzie wstyd skończyć dietę wcześniej, niż się planowało 😉

Jakie efekty u siebie zauważyłam?

  • Prawie 6 kg na minusie. Należy to jednak brać z przymrużeniem oka, bo to, co ze mnie zleciało to w większości woda.
  • Więcej energii. W ciągu dnia, a szczególnie po posiłkach nie odczuwam już tego nagłego „zbicia”, nie robię się senna. Nie ma dla mnie problemu, żeby przetrwać te kilkanaście godzin na nogach, nawet bez kawy 😉
  • Zmniejszony żołądek i opuchlizna. Zrobiłam sobie zdjęcia przed dietą i zaraz po. Dla mnie efekt mniejszego żołądka jest bardzo widoczny. Tak samo w dużej mierze zeszła mi opuchlizna z brzucha, z łydek i kostek.
  • Piję więcej wody i herbatek ziołowych. Tak po prostu, sięgam po nie zamiast kawy 🙂
  • Zmieniło się moje postrzeganie jedzenia. Nie mam ochoty na niezdrowe, tłuste posiłki, bo przypominam sobie, jak się po nich czułam.
  • Zauważyłam u siebie ochotę na więcej zmian w swoim życiu. Mam nadzieję, że post dr Dąbrowskiej zapoczątkuje kilka innych pozytywnych rewolucji 🙂

    Jeśli ktoś dotrwał do tego momentu, to gratuluję i podziwiam 😀 Wierzę, że swoim wpisem pomogę komuś podjąć decyzję o spróbowaniu diety warzywno-owocowej lub po prostu zmiany nawyków żywieniowych. Oczywiście pamiętajcie o tym, że u każdego te objawy mogą przebiegać inaczej. Warto też przed rozpoczęciem postu skonsultować się z lekarzem, a należy to zrobić szczególnie wtedy, jeśli na co dzień bierze się jakieś leki.

 

 

12 thoughts on “Post dr Dąbrowskiej – moje wrażenia po 14 dniach”

    1. U każdego ta dieta może mieć zupełnie inny przebieg 🙂 Ja polecam ją zrobić właśnie wtedy, gdy ma się najwięcej czasu dla siebie i na więcej można sobie pozwolić.

  1. Jak dla mnie – zbyt drastyczna ta dieta i daje zbyt wiele skutków ubocznych. Robię sobie takie mini-detoksy co jakiś czas – ale trwają one tylko 2-3 dni. Nie wyobrażam sobie tego na dłuższą metę – przy moim trybie życia nie mogę pozwolić sobie na taki spadek energii.

    1. Nie u każdego wystąpią takie same skutki uboczne 🙂 Ale fakt, nie ma się co do tego zmuszać. Detoksy trwające 2-3 dni z pewnością też przynoszą super efekty.

  2. Słyszałam o poście dr Dąbrowskiej, mój szef go stosował i schudł na nim baaardzo dużo, ale jak patrzyłam na to, że je tylko jabłka, to pukałam się w głowę, co to za dieta. Cały czas zastanawiam się nad przejściem postu, zwłaszcza, że teraz dużo o nim poczytałam. Przeraża mnie jednak to 500 kcal dziennie, nie wiem czy to nie za mało i czy faktycznie nie wpływa to źle na organizm.

    1. Ten post nie trwa zbyt długo, więc nie sądzę, żeby takie dwa tygodnie jedzenia po 500 kcal miały źle wpłynąć na organizm. Warto jednak sięgnąć do źródeł i więcej się o tym dowiedzieć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *