Hejka! Mam wrażenie, że zaraz połowa kwietnia, a ja jeszcze nie napisałam podsumowania marca…  Będzie krótko, bo nie pamiętam, co się w minionym miesiącu działo, a raczej wszelkie inne wspomnienia są zacierane przez jedno, niekoniecznie miłe… Ale o tym za chwilę.

JAK WYGLĄDAŁ MÓJ MARZEC?

Ten miesiąc był powolnym wdrażaniem się w projekty na studia, których jest w tym semestrze za dużo. Był też czasem zmian, wielu rozmów i przemyśleń, kryzysowym momentem dla mojej motywacji. I tak, będę tutaj zwalać winę na pogodę, na wiosnę, która nie chciała przyjść, bo niestety, ale ma to na mnie ogromny wpływ. Nie pomagała witamina D, żadne owoce i warzywa, nie pomagało też myślenie o wakacjach, bo w tym roku nie będę one wyglądały tak, jakbym chciała. Dlaczego?

Te rozmowy i przemyślenia dotyczyły studiów i już nieco poważniej, pracy w zawodzie. O ile przez pierwsze dwa lata udawałam, że temat jeszcze mnie nie dotyczy, tak teraz już naprawdę chciałabym zacząć stawiać jakieś kroki w kierunku zdobywania odpowiedniego doświadczenia. Nie planowałam wcześniej łapać się małych, pobocznych prac, które zajmują czas i nie dają wiele w zamian. Uwierzcie, że im jestem starsza, tym więcej sobie narzucam i paradoksalnie mam więcej czasu. Pisałam o tym niedawno, w poście dotyczącym studiowania dwóch kierunków jednocześnie. Wolałam więc swoją energię włożyć w zdobywanie wiedzy i zwyczajne przemyślenie tego, co chcę robić.

Dlatego też trudniej było mi znieść tę nieprzemijającą zimę, bo wiedziałam, że z wakacjami będzie różnie. Już nie możemy zabookować sobie podróży w jakimś losowym terminie i to mnie trochę męczy. Na szczęście pogoda się poprawiła, więc i moje nastawienie się zmieniło, tym bardziej, że wiem jak niewiele już brakuje do tego, bym była sobie sama szefem. Ale, ale!

Tydzień temu, idąc do kościoła, wywaliłam się jak długa i wykręciłam sobie przy tym kostkę. Oczywiście dzielnie szłam dalej i jeszcze prowadziłam auto w drodze powrotnej. Uwierzcie, w życiu bym nie pomyślała, że dwie godziny później na mojej nodze pojawi się piękny, biały gips. W życiu.

Unieruchomiona noga totalnie mnie sparaliżowała i wymagała ode mnie całkowitej zmiany planów. Teraz bardziej doceniam to, że jeszcze niedawno mogłam chodzić sama gdzie tylko mi się zamarzyło. Obecnie urządzam sobie sprinty o kulach do łazienki i z powrotem. Nie polecam.

W marcu było mało dobrego jedzenia, bo nie było na to czasu i chęci. Pojawił się jednak pyszny fit jaglany jabłecznik od Marty z codzienniefit, o którym już chyba kiedyś tutaj pisałam. Była też smaczna ryba, na której zaobserwować można moje upodobanie do pieprzu. Kiedyś pokażę Wam moją kanapkę z awokado, bo tam sypię go jeszcze więcej!

Wracając jeszcze na chwilę do tematu szukania praktyk i doświadczenia w zawodzie, pojawiłam się na targach pracy, a poniższe zdjęcie zrobiło się samo, bo ja po prostu trzymałam telefon w ręku, idąc po schodach. Cóż 😀

CO CIEKAWEGO PRZECZYTAŁAM I OBEJRZAŁAM?

Na początku marca udało mi się skończyć Chan al-Chalili, powieść krótką, ale specyficzną. Nie będę się na jej temat rozpisywać, jednak wspomnę, że autor – Nadżib Mahfuz – otrzymał Literacką Nagrodę Nobla. Warto do jego dzieł zajrzeć i nie zrażajcie się na samym początku 🙂

Później wymyśliłam sobie Tamte dni, tamte noce – przeczytałam szybko, obejrzałam film, a co o tym sądzę napisałam na blogu, o tutaj.

Idąc dalej Oscarowym tropem, zapragnęłam przeczytać Kształt wody, bo stwierdziłam, że to moje klimaty. Nie rozczarowałam się, ale też nie byłam zachwycona. Ot, książka mi się podobała, miło się ją czytało i nie żałuję. Miała w sobie coś z baśni, trochę thrillera, ogólnie dobre opisy i styl, dość odmienny, ale przyjemny. Filmu jeszcze nie widziałam, ale z pewnością obejrzę, bo podobno różni się od książki.

Jednak chwilę przed świętami, jeszcze w chaosie pakowania się i sprzątania mieszkania, włączyłam sobie wieczorem film Her (Ona), z którego soundtrack od jakiegoś czasu leciał mi w głośnikach. Chyba znów spodziewałam się czegoś innego, ale w wielu momentach było po prostu pięknie. Jest tam historia, która skłania do przemyślenia, trochę odjechanej technologii, którą ja w filmach uwielbiam – krótko mówiąc polecam, szczególnie do obejrzenia w samotności. Nie jest to raczej wyciskacz łez, ale powoduje, że na jakiś czas człowiek chce po prostu zamilknąć.

ZNOWU WYMYŚLIŁAM SOBIE JAKIEŚ PISARSKIE WYZWANIE

Okej, krótko i na temat: coś mi tam z tyłu głowy chodziło, że zbliża się Camp NaNoWriMo. A Angelika ostatnio dokłada sobie różnych rzeczy i nie żałuje. 😀 Poczytałam, na czym to polega i jest fajniejsze niż listopadowe NaNo, bo można sobie samemu wybrać cel, czyli ilość słów, jaką napisze się w miesiąc (ustaliłam sobie 15000, bo więcej nie dałabym rady). Jednak jest gorsze pod tym względem, że robi wokół siebie za mało szumu i w związku z tym brakuje motywacji do systematycznego pisania 😀 Chociaż… Dłonie już bolą od stukania w klawiaturę. Ostatecznymi wynikami podzielę się w kolejnym miesięczniku, ale nie spinam, bo mam teraz dużo innych celów, którym nadałam nieco wyższy priorytet.

To by było chyba na tyle, jeśli chodzi o marzec. Chociaż dużo działo się w mojej głowie – o tym opowiem w kolejnych wpisach. Tworzą się także projekty, o których chwilowo nie chcę i nie mogę wspominać, ale mam nadzieję, że już niedługo 🙂

Dajcie znać, jak minął Wasz marzec! Mam nadzieję, że przyjemnie i bez takich niemiłych niespodzianek, jak moja 😀 Ściskam i całuję <3

2 thoughts on “Podsumowanie marca”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *