Luty był dla mnie mieszanką przeróżnych doznań i emocji. Zaczął się zdaną sesją i obietnicą niemal trzech tygodni wolności. Jedyne, co chciałam w tym czasie zrobić, to napisać opowiadanie na wyzwanie w jednej z pisarskich grup. W końcu, powoli dociera do mnie, że tworzenie takich krótkich form ma sporo zalet. Efekty widać szybciej niż w przypadku powieści, co tylko motywuje do dalszego pisania. Poza tym można bawić się formą, narracją, ćwiczyć styl. Opowiadanie powstało i uważam, że wyszło mi naprawdę nieźle. Przeszło przez kilka osób i czeka na poprawki – jeszcze jest zbyt świeże, żeby teraz do tego usiąść.

CO CIEKAWEGO DZIAŁO SIĘ W LUTYM?

Ciężko jest to sobie przypomnieć 😀 Tak jak już wspomniałam, zaczęłam go pisarsko. Wyjście z domu i praca chociażby w McDonald’s totalnie mnie motywuje i sprawia, że jestem w stanie zrobić dużo więcej. Nie rozprasza mnie żadne pranie, które trzeba rozwiesić czy myśl o ugotowaniu obiadu 🙂 O dziwo tłumy i taki zwykły, kawiarniany hałas nie robią na mnie wrażenia – jak już zacznę pisać i się w to wciągnę, to nie zwracam uwagi na otoczenie.

 

Nie kupuję kosmetyków zbyt często, szczególnie jeśli chodzi o kolorówkę. Lubię od czasu do czasu wypróbować nowy szampon czy żel do twarzy, ale rzeczy do makijażu nie kupuję – bo po co? 😀 Mam swój stały zestaw i więcej mi nie potrzeba. Jedyne, na co czasami lubię się skusić to pomadki. Dla nich jakoś tak porzucam moją zasadę kosmetycznego minimalizmu 🙂

Na początku lutego pojawiły się więc u mnie trzy nowości, wszystkie z wet n wild. Pomadki są ładne, dość trwałe, o przyjemnej konsystencji, ale nieco wysuszają usta. Za to błyszczyk jest… dziwny. Jak go sobie swatchowałam na dłoni, to jego kolor wyglądał naprawdę przepięknie, ale nie pomyślałam, że nie nadaje się do „samodzielnego noszenia”. Polecam za to nałożyć go na pomadkę o podobnym odcieniu – ładnie obija światło i delikatnie optycznie powiększa usta.

Pierwsza połowa lutego zleciała zdecydowanie szybciej, niżbym chciała. Odpoczywałam i korzystałam z wolnego na maksa, bo wiedziałam, że czeka mnie dość trudny semestr (już szósty :o). W walentynki postanowiłam zrobić coś dobrego dla siebie (żartuję, tak akurat się złożyło :D) i kupiłam witaminę D oraz drożdże. Suplementuję to już trochę ponad trzy tygodnie, ale muszę się przyznać, że czasami zdarzy mi się zapomnieć… Chociaż efekty drożdży już widać, szczególnie na paznokciach, które rosną w szaleńczym tempie. Gdy skończy mi się opakowanie, planuję zacząć pić normalne, ale nie wiem, czy dam radę 😀

ZIMNO, ZIMNO I JESZCZE ZIMNIEJ

Cóż, jeszcze kilka dni temu to był główny temat wśród wszystkich moich znajomych. Już praktycznie zaczynaliśmy się witać słowami: „ale zimno”. Jestem człowiekiem, na którego pogoda ma ogromny wpływ, więc pod koniec lutego chodziłam podenerwowana i totalnie bez energii. Nie miałam ochoty wychodzić z domu, a trzeba było! Trasę z przystanku na uczelnię pokonywałam niemal biegiem, bojąc się, że jeśli choć chwilę pozostanę w bezruchu, zwyczajnie zamarznę. I tutaj wychodzi jeden ciekawy problem – ciężko jest dostać w normalnych sklepach odzież na taką zimę. Ciepłego płaszcza szukałam długo, a i tak nie jestem z niego w stu procentach zadowolona. Nie wspomnę już o butach (skórzane), które na mrozie zrobiły się tak sztywne, że obtarły mi całe kostki.

Pod koniec lutego byłam w Bydgoszczy (S., przesyłam buziaki!), która przywitała mnie takimi właśnie temperaturami. Całe szczęście zanosi się już na wiosnę, bo nie wiem, jak długo jeszcze byłabym w stanie znieść taką pogodę. Ale dobre jedzenie w jakimś stopniu wynagradza mi te cierpienia 😀

Kurczak pieczony w marynacie miodowo-musztardowej <3

Mix sałat, jajko, ugotowany brokuł, trochę papryki, ziarna słonecznika i jogurt naturalny.

NOWY SEMESTR

Nowy semestr zaczął się konkretnie i… dobrze. Studia w końcu zaczynają przypominać to, co wyobrażałam sobie zanim na nie poszłam. Oczywiście wciąż jest kilka irytujących rzeczy, ale nie mam na to wpływu, więc po prostu przyzwyczajam się i szukam alternatyw. Mój plan jest dość dziurawy, więc zaczęłam częściej nosić laptopa na uczelnię i teraz szukam jakiegoś ładnego plecaka, w który by się zmieścił. Odkryłam też na kampusie przyjemne miejsce do nauki, gdzie przy okazji można wypić dobrą kawę. Jak widać, szukam plusów 🙂

CO SŁYCHAĆ W KSIĄŻKACH?

W lutym skończyłam Szczygła, potężną powieść, dosłownie i w przenośni. Czytałam ją długo, ale tak trzeba, żeby móc ją w pełni zrozumieć. Myślę, że zasługuje na osobną recenzję na blogu, ale już teraz mogę Wam powiedzieć, że warto.

Poza tym przeczytałam jeszcze Reporterkę, czyli zbiór wywiadów z Hanną Krall, uporządkowanych w ten sposób, że możemy dowiedzieć się wiele o życiu bohaterki. Tutaj role się zamieniły – kobieta, która spisuje historie innych ludzi, sama została „spisana”. Polecam, ale raczej tym, którzy przeczytali przynajmniej jedną książkę Hanny Krall. Inaczej Reporterka może nie otworzyć przed Wami całego swojego piękna.

W lutym zaczęłam jeszcze Chan al-Chalili, książkę laureata Literackiej Nagrody Nobla. Jest specyficzna i raczej nie dla każdego, ale więcej powiem w następnym podsumowaniu, bo zostało mi jeszcze kilkadziesiąt stron. Muszę teraz znaleźć sobie coś lżejszego, może w końcu Kolekcję Nietypowych Zdarzeń Toma Hanksa?

W tym miesiącu podsumowanie jest dość późno, cóż – tak wyszło. Jak wyglądał Wasz luty? Jakieś przełomy, coś ciekawego się działo? Może polecicie lżejszą książkę, w sam raz na weekendowe poranki przy budzącym się słońcu? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *