Nie wierzę, jak ten miesiąc zleciał… Zresztą chyba za każdym razem tak mówię. Nawał obowiązków i to, że tak szybko robi się ciemno, sprawiają, że dni uciekają niezauważenie. Dopiero co kończył się weekend, a już zaczyna się kolejny; i tak w kółko. W dodatku listopad był Narodowym Miesiącem Pisania Powieści, więc dołożyłam sobie kolejne zobowiązanie. Jak się to skończyło i jak minęło mi te 30 dni? Przeczytacie niżej!

Co robiłam w listopadzie?

Oczywiście ten miesiąc upłynął mi pod hasłem NaNoWriMo, czyli Narodowy Miesiąc Pisania Powieści. Jak już trochę wspominałam tutaj, wyzwanie to polega na napisaniu 50 tysięcy słów w 30 dni. Ja dość późno postanowiłam, że wezmę w tym udział, więc planowanie i przygotowywanie się do tego było dość chaotyczne i robione w pośpiechu. Miałam jeszcze o tyle dobrze, że ja moją powieść mam w głowie już od kilku lat i to nie tak, że dopiero teraz kreowałam ją i wymyślałam szczegóły. Myślę, że gdyby nie to, pewnie nie podjęłabym się wyzwania w tym roku.

Muszę też wspomnieć, że miałam nieco odmienny cel: nie zakładałam, że napiszę od razu 50 tysięcy słów, bo to byłby dla mnie skok na głęboką wodę. Chciałam poczuć napływ motywacji, wiedzieć, że inni ludzie też się z tym zmagają, udzielać się na forum, rozmawiać. Niesamowicie było poznać na żywo osoby, które tak jak ja kochają pisać. Wspaniałe jest to, że możemy o tym rozmawiać bez końca, opisywać swoje pomysły, dostawać wsparcie i samemu je dawać. Przez te kilka lat zawsze marzyło mi się spotkać kogoś, z kim mogłabym dzielić moją pasję, a teraz nagle tych osób jest tak wiele!

Ale, przejdźmy do konkretów. Już na początku listopada, gdy pisałam ponad 2000 słów dziennie, zakiełkowała we mnie myśl, że może jednak dam radę te 50 tysięcy… Oczywiście moje chore ambicje bardzo się na ten pomysł ucieszyły. Niestety, dalej już nie było tak kolorowo. Pierwsze kilka dni wypadało wtedy, gdy miałam więcej wolnego czasu, więc faktycznie mogłam pisać. Jednak dość szybko rzeczywistość zweryfikowała moje plany, bo zwyczajnie nie byłam w stanie usiąść do pisania, gdy wracałam do domu o 19, po 13 godzinach umysłowej harówy.

Oczywiście próbowałam nadrabiać w weekendy. Pisałam ponad 3000 słów trzy dni z rzędu i na resztę tygodnia byłam już wypompowana. Jakoś w okolicach 20 listopada wiedziałam, że dałabym radę skończyć wyzwanie, ale zorientowałam się, że coś poszło nie tak. Czasami od rana próbowałam zmusić się do pisania, a później tylko liczyłam te słowa, żeby ich było jak najwięcej… I wtedy powiedziałam: dość. Przecież to nie o to chodzi! Ostatecznie skończyłam NaNoWriMo z nieco ponad 30 tysiącami słów na koncie. Mimo, iż nie udało mi się „wygrać”, jestem z siebie okropnie dumna, bo mocno posunęłam moją powieść do przodu. A przede wszystkim przypomniałam sobie, jak wielką radość mi to sprawia i że da się pisać w miarę regularnie, a pojawiające się na ekranie kolejne słowa, motywują najbardziej.

Wybaczcie, że opowiadam tak dużo o NaNo, ale to było dla mnie główne wydarzenie listopada. Naprawdę wiele mi ono dało i pokazało, że nie warto czekać na jakiś specjalny moment: warto zacząć tu i teraz. Obym tylko teraz kontynuowała to pisanie! Może nie w takich szalonych ilościach, byle ciągle do przodu.

Książki, ach książki!

W listopadzie trochę brakowało już czasu na czytanie. Udało się jednak skończyć Księgę II Pustynnej Włóczni (Peter V. Brett) i Wojna w blasku dnia: Księga I. Bardzo wkręciłam się w tę serię i polecam wszystkim, którzy lubią potworki, nieco intryg i trochę uczuć i miłości w tle. Książki są obszerne, ale w ogóle się nie dłużą.

Potrzebowałam jednak małej przerwy od tego gatunku i zaczęłam czytać coś, co miałam już w swoich rękach jakieś cztery lata temu, mianowicie: „Pan raczy żartować, panie Feynman!” Przypadki ciekawego człowieka (Richard Phillips Feynman). Moim zdaniem, aby w pełni skorzystać z tej książki, dobrze jest mieć chociaż podstawową wiedzę z fizyki i elektroniki. Oczywiście i bez tego jest to pozycja warta uwagi, ale niekiedy może frustrować fakt, że nie do końca wiemy, co się tam dzieje. Pewnie też dlatego kiedyś zostawiłam tę książkę w połowie. Teraz jednak wróciłam i znów jestem zafascynowana!

Zazwyczaj czytam dwie książki jednocześnie, więc i tym razem jestem w trakcie także innej lektury. Pewnie kojarzycie film Sztuka Kochania, opowiadający o Michalinie Wisłockiej – kobiecie, która nieźle namieszała w dziedzinie uczuć i seksu. Byłam ciekawa, jak wygląda ta książka, o której wydanie tak długo walczyła. To nie jest coś, co można przeczytać jednym tchem, trzeba to sobie odpowiednio dawkować. Na początku trochę się uśmiałam, chociażby ze stylu autorki i zwyczajów panujących kilkadziesiąt lat temu. Jednak czyta się to ze sporym zainteresowaniem i uważam, że warto podsunąć taką książkę dorastającej młodzieży 😉

Kabelki, rezystory i jeszcze więcej kabelków

Na jednych zajęciach na uczelni robimy pewien projekt, sami od początku do końca! Jaram się tym, bo w końcu mam okazję wykorzystać te poznawane wcześniej układy i poczuć, że to, co wyjdzie spod moich rąk, może być naprawdę użyteczne. Poza tym lutowanie mnie uspokaja i nawet zajęcia, które trwają bez przerwy trzy zegarowe godziny, w ogóle mnie nie męczą.

Dzięki temu poczułam przypływ energii i zaczęłam sobie coś sama kombinować w domu. Muszę jeszcze tylko nieco bardziej się zorganizować, żeby ogarniać wszystko na bieżąco i mieć czas właśnie na takie rzeczy.

Co jeszcze się u mnie działo?

Uczę się układać kostkę Rubika bez patrzenia. Gdy mi się uda, czuję się naprawdę niesamowicie, ale jednocześnie mam wrażenie, że za chwilę głowa mi eksploduje. Jest to super zajęcie, gdy zwykłe układanie po jakimś czasie się nudzi. Poza tym ćwiczy się dzięki temu pamięć i koncentrację.

Listopad był miesiącem, w którym z pewnych rzeczy trzeba było zrezygnować. Niewiele było gotowania w domu czy pieczenia ciast. Znalazł się jednak czas na pyszną kolację i deser, po którym ledwo wróciliśmy do domu 😀

Listopad jest zazwyczaj ciężkim miesiącem, kiedy mniej się chce, mniej ma się sił. Pogoda też bywa różna, a jak się kilka dni pod rząd wychodzi z domu gdy jest jeszcze ciemno i wraca, gdy już jest ciemno, robi się podwójnie trudno.

Na tym zdjęciu próbowałam uchwycić poranną mgłę 😀

W okresie jesienno-zimowym takie herbatki to u mnie must have. Cudownie rozgrzewają i nastrajają.

Listopad był dla mnie dość intensywnym miesiącem, ale dzięki temu nie odczuwałam aż tak tego braku słońca i przygnębiającej pogody. Czekam już jednak z utęsknieniem na przerwę świąteczną, by w końcu dać swojej głowie trochę odpocząć. Szczególnie w ostatnich dniach zauważyłam, że czasami jestem tak zmęczona, że nie jestem w stanie robić nic, co wymaga myślenia. Brakuje mi takiego zajęcia, podczas którego mogłabym nieco odciążyć umysł. A na rower trochę za zimno…

Przed nami kolejny wspaniały miesiąc, wypełniony oczekiwaniem na święta. Kto się cieszy? 😀

Dajcie znać, jak minął Wam listopad i jakie macie plany na nadchodzące dni. Buziaki :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *