Miałam dziś jechać do Wrocławia, ale opóźnienia pociągów ze względu na burze trochę mnie przeraziły. Nie chciałam wracać do mieszkania po nocy :c

Teraz siedzę nad kolejnym kubkiem kawy, próbując pisać, ale generalnie to przysypiam. Dzień jest jakiś dziwny – nic się nie chce, człowiek snuje się z kąta w kąt. Poza tym nie lubię tak nagle zmieniać planów – nastawiłam się już na chwilę spokoju i samotności, a tak wokół mnie wciąż pełno osób i znów każdy czegoś chce.

No, krótko mówiąc, jest ciężko. Mogłabym teraz po prostu położyć się spać, albo obejrzeć jakiś serial. Ale staram się zrobić wszystko, co w mojej mocy, by pod koniec dnia nie czuć się, za przeproszeniem, jak bezużyteczne gówno.

(Minęło kilka godzin i faktycznie oglądałam serial. No cóż, życie)

Ostatnio sporo się u mnie dzieje. Może nie są to jeszcze super-spektakularne rzeczy, ale wystarczyły, bym zaczęła się nad tym zastanawiać. Dorastam, więc zmieniam się – to logiczne. Więcej we mnie samozaparcia, dłużej i mocniej analizuję wszystkie moje błędy i potknięcia. Jednocześnie pozwalam sobie na spontaniczność, słucham siebie i swojego ciała. Wciąż jest wiele aspektów, które mogłabym poprawić i wiele rzeczy, które jeszcze mogę zrobić. Ale dziś będzie o tym, że wcale nie musisz być najlepszy na świecie w tym, co robisz. Po prostu pokochaj to i czerp z tego radość.

Wiem, brzmię teraz jak typowy couch. Ale nie będę pisać Ci „just do it”, ani innych tego typu powiedzonek. Dziś po prostu opowiem Ci swoją historię, a Ty, jeśli chcesz, wyciągnij z niej wnioski.

Jako dziecko żyłam w trochę wyimaginowanym świecie. W dużej mierze wychowały mnie książki, a te magiczne krainy podobały mi się bardziej niż rzeczywistość. Marzyłam o tym, by być bohaterką, zmieniać wszystko na lepsze. Coś z tego zostało mi do dziś, ale zrozumiałam jedno: jeśli chcę pomóc innym, najpierw muszę pomóc sobie.

Zawsze przyciągałam ludzi z problemami. Każdemu starałam się coś podpowiedzieć, wskazać drogę. Często pomagałam w nauce, byłam świadkiem, jak ludzie w jednej chwili z niepewnych siebie przechodzili w postawę „potrafię to zrobić”. To nie tak, że się teraz chwalę. Wydaje mi się, że z mojej strony to było trochę egoistyczne – uwielbiam patrzeć na sukcesy bliskich mi ludzi (zresztą nie tylko ich) i w ten sposób zagłuszałam trochę swoje wyrzuty sumienia. Bo widzicie, ja wiele chciałam w życiu zrobić, wiele też zaczynałam. Ale za każdym razem wydawało mi się, że nie jestem jeszcze wystarczająco dobra czy przygotowana. Że to nie dla mnie, że po prostu się nie nadaję. Zdawałam sobie sprawę z tego, że nigdy nie będę w stanie zrobić czegoś perfekcyjnie, tak idealnie, bym była całkowicie zadowolona. Więc zazwyczaj rezygnowałam, tak było prościej.

Lata mijały, a ja czułam, że czegoś mi brakuje. Szukałam tej jednej, jedynej rzeczy, w której będę najlepsza. Wciąż jednak myślałam: „mam jeszcze czas”.

Z każdym dniem było jednak tylko gorzej. Próbowałam wielu rzeczy. W klasie maturalnej (przypominam, byłam na mat-fizie) przeszła mi nawet przez głowę myśl, by spróbować medycyny. Bo to wymaga mnóstwa poświęceń, godzin spędzonych na nauce, oddaniu. Myślałam, że może dzięki temu poczuję się lepiej i w końcu przydam się na coś światu.

I wiecie co? Wciąż nie znalazłam niczego, w czym mogłabym być najlepsza. Większość sukcesów ciężko jest nawet zmierzyć. No bo możesz być najszybszym człowiekiem świata, muzykiem, który sprzedał najwięcej płyt, albo kimś, kto przygotował największą kanapkę, jaką kiedykolwiek widziano. A co z resztą?

Tak jak mówię, sporo się ostatnio uczę. Zauważyłam na przykład, że przestałam się przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu. Nigdy nie miałam z tym zbyt wielkiego problemu, ale teraz w ogóle przestało mnie to ruszać. Ukradziono mi telefon i co z tym zrobię? Przynajmniej wiem, żeby następnym razem być ostrożniejszą.
Pociąg odjechał mi sprzed nosa, następny za godzinę, a ja jestem zmęczona i marzę o łóżku. Więc patrzę na to tak, że gdy w końcu zakopię się w miękkiej pościeli, bardziej to docenię.

Ale teraz nie o tym. Chciałam pokazać Wam zmianę, która zaszła we mnie prawie niezauważalnie. Dopychała się do mnie małymi kroczkami, tak płynnie, że prawie to przegapiłam. Chcę powiedzieć o tym, że zrozumiałam w końcu, że nie muszę być idealna w danej dziedzinie, by móc to w ogóle robić. Wystarczy, że będę czerpać z tego radość i starać się z całych sił. Reszta przyjdzie sama.

Podam Wam teraz dwa przykłady:

Mój chłopak namiętnie układa kostkę Rubika (żeby nie skłamać, układa większość tego, co pojawiło się na rynku, nie tylko tę tradycyjną, którą każdy kojarzy). Na zawody nie jeździ aż tak często, ale zdarzyło mu się kilkakrotnie stanąć na podium. Wiadomym jest, że ja też chciałam tego spróbować.
Do kostki przekonywałam się długo (wspomniałam o tym troszkę w poprzednim wpisie).

Niby chciałam, ale coś mi jednak nie pasowało. Prawda była taka, że czułam się przerażona faktem, iż rekord świata oscylował wtedy w okolicach 6 sekund, a mi ułożenie kostki zajmowało… kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt minut. Jak można się domyślać, rzuciłam to szybko.

Rok temu pojechałam jednak na swoje pierwsze zawody, co prawda tylko jako obserwator. To były mistrzostwa Europy, ludzi tłum, a wśród nich zagubiona ja, sfrustrowana faktem, że nie potrafię nawet nauczyć się kilku głupich algorytmów. Wtedy coś ruszyło do przodu. Poprosiłam chłopaka, by mnie trochę poduczył, no i później latałam z tą kostką, ciesząc się do wszystkich. Moja ekscytacja potrwała może z dwa tygodnie, a ja zirytowana brakiem postępów (bo nie uczyłam się niczego nowego, ciągle robiłam to samo) rzuciłam to wszystko w kąt. Kolejny raz coś mi kliknęło w głowie, gdy zamieszkałam z tym moim Kostkowym Świrem. Ciężko było nie wkręcić się w to ponownie, jak się przez kilka godzin dziennie słyszało ten charakterystyczny szum. Żeby już nie przedłużać – w tegoroczną majówkę pojechałam na zawody już jako uczestnik. Jeśli ktoś obserwuje mnie na Facebooku to wie, że tydzień temu byłam na kolejnych. Z kilkunastu minut zeszłam do dwudziestukilku sekund (mój nieoficjalny rekord to 19 z hakiem). Wiem, że wciąż daleko mi do czołówki, ale co z tego? Kocham kostki. Czerpię z tego ogromną radość, układanie ich mnie uspokaja i pomaga ćwiczyć umysł. Mało tego, uwielbiam atmosferę na zawodach. Widok tych wszystkich ludzi, których łączy jedna pasja jest nie do podrobienia. Nikt nikogo nie wyśmiewa, każdy stara się pomóc, jak może. Chcecie więcej? Proszę bardzo. Na tych zawodach układałam też kostkę 5×5 (a zaczęłam się jej uczyć jakieś dwa miesiące temu). Nawet nie wiedziałam, że chłopak nagrał moje ułożenie, ale gdy je później oglądałam, nie mogłam uwierzyć, że to ja. Patrzyłam na swoje szybkie palce, które płynnie obracały ścianki; widziałam skupienie i satysfakcję. Teraz dziękuję sobie (i jemu) za to, że zrozumiałam, że wcale nie muszę znaleźć się na podium. Mogę czerpać z tego wielką radość bez względu na to, które miejsce zajmę.

Nie spodziewałam się, że ta opowieść będzie tak długa, więc może teraz trochę skrótem:

Kocham pisać, to już wiadomo. A jednak potrafiłam rzucić to na kilka długich miesięcy i to nie jednokrotnie. Dlaczego? Łatwo sobie na to pytanie odpowiedzieć. Bałam się, że nigdy nie osiągnę takiego poziomu, by ktoś chciał mnie czytać dalej, polecać innym. Chciałam być albo wybitną pisarką, albo nie być nią w ogóle. Nie będę teraz wyliczać, ile czasu zmarnowałam przez takie myślenie. Kiedy zrozumiałam, że popełniam błąd? Gdy usłyszałam, że może tak naprawdę nie chcę pisać i nie lubię tego, skoro nie robię nic w tym kierunku. Wtedy aż się we mnie zagotowało. Jak można mi wmawiać, że nie kocham pisania, skoro każdego wieczora zasypiam, marząc o własnej książce? No ale już nie dziwię się, że można było tak pomyśleć.
Co się u mnie zmieniło? Dokończyłam opowiadanie, poprawiłam je. To dla mnie wielki sukces, bo nie pamiętam już, kiedy ostatnio udało mi się coś napisać w całości. Dostałam feedback, jednym się podobało, innych nie poruszyło, ale mój warsztat został doceniony. Wiem, nad czym muszę pracować i jest mi tak jakoś zwyczajnie lżej. Już nie spinam się tym, że komuś się nie spodoba. Tworzę całą sobą, najlepiej, jak potrafię i to będzie musiało wystarczyć. Nie chcę stawać się kimś innym tylko po to, by znaleźć się gdzieś na szczycie pseudo-rankingów. W zamian, po prostu czerpię radość z tego, co robię. I to jest piękne.

 

3 thoughts on “Wcale nie musisz być najlepszy”

  1. Dążenie do perfekcji – znam to. Twoja historia bardzo mi przypomina moją własną 🙂 Powiem Ci – udało mi się wydostać z tego błędnego koła własnych oczekiwań i ograniczeń. Jakiś czas temu ukazała się moja powieść, rok temu zaczęłam robić zdjęcia – i chyba nieźle mi idzie 🙂 Trzymam kciuki za Ciebie – a Ty trzymaj za mnie 🙂

  2. Nie chcę stawać się kimś innym tylko po to, by znaleźć się gdzieś na szczycie pseudo-rankingów. – za to zdanie dziękuję. Podpisuję się obiema rekami!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *