Jeśli dziewięć razy wybierzesz właściwie, nie zyskasz nic poza bólem. Za dziesiątym razem zrozumiesz, dlaczego tak zrobiłeś. I będziesz szczęśliwy.

Pierwsze uczucie po przewróceniu ostatniej strony Lissy  Luki D’Andrei to chwilowa pustka i zaskoczenie. I to zaskoczenie wcale nie wynikające z obrotu spraw, a raczej jak po wystawieniu głowy spod wody, otrząśnięcie się jak po dziwnym śnie. Autor swoim specyficznym stylem buduje bowiem otoczkę wokół czytelnika. Sprawia, że z każdym kolejnym rozdziałem łączymy się cienką nicią, a w rezultacie po kilkudziesięciu stronach jesteśmy już tak oplątani, że nie możemy wyjść z tej pułapki.

PRZEKRÓJ POSTACI

Dzięki temu czytelnik zamiast czytać o bohaterach staje się nimi, przeżywa to wszystko własnymi oczami. Na początku jesteś zatem Marlene, główną postacią, i postanawiasz uciec od męża, przy okazji zabierając coś cennego, co uruchamia lawinę kolejnych zdarzeń. Jest zima, tobą kierują emocje, więc twój samochód traci przyczepność, a ty świadomość. Budzisz się w obcym miejscu i tam dowiadujesz się, że Simon Keller, gospodarz domu położonego wysoko w górach, uratował ci życie. Nie masz kontaktu ze światem, a w dodatku twoja ucieczka opóźnia się już o kilka dni. Wiesz, że teraz twój los zależy od tego mężczyzny, ale martwisz się o jeszcze kilka innych istnień. Zdajesz sobie bowiem sprawę z tego, kim jest twój mąż. I przez chwilę stajesz się właśnie nim – Herr Wegenerem. Mężczyzną na pierwszy rzut oka bezlitosnym, oczekującym posłuszeństwa od każdej osoby i kierującym się zasadą po trupach do celu.

Tak naprawdę jednak jesteś małym chłopcem bez butów, w którego życiu wydarzyło się więcej, niż powinno. Nie możesz uwierzyć, że Marlene od ciebie uciekła. Boisz się, bo konsekwencje są znacznie bardziej poważne – to nie tylko wystawienie się na pośmiewisko. Sam nie wiesz, czego chcesz, ale decyzja została już podjęta: twoja żona musi umrzeć. Herr Wegener w twoim umyśle zaczyna się zacierać, ustępując miejsca Zaufanemu Człowiekowi. Masz wyznaczony cel i wiesz, co robić, by go zrealizować.

I wreszcie przez moment jesteś też Simonem Kellerem, bo przecież to ty uratowałeś życie Marlene i ty gościsz ją teraz w swoim gospodarstwie. Lubisz tę kobietę. Lubisz słuchać, co ci opowiada, a ona opowiada, bo wzbudzasz zaufanie. Ale lubisz także mówić jej o sobie, bo przecież komu miałaby to zdradzić?

 

OSTRZEGAWCZE ŚWIATŁO

Zaczynasz się zatem coraz bardziej oplatać, a poszczególne nici łączą się ze sobą. Wnikasz w każdy świat z osobna i… szybko docierasz w to miejsce, z którego nie ma już ucieczki, a cała historia zaczyna pulsować ostrzegawczym, czerwonym światłem. Luca D’Andrea  prowadzi bowiem czytelnika przez swoją powieść w ekspresowym tempie. W przemyślany sposób posługuje się krótkimi rozdziałami, dostarczając taką ilość słów, by można było zrozumieć sens powieści, a jednocześnie zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad tym, co nie jest widoczne na pierwszy rzut oka. Zdawać by się mogło, że autor stosuje metodę Romana Wilhelmiego: PO, co w ugrzecznionym tłumaczeniu można rozumieć jako przywalić, odpuścić. Prowadzi akcję dynamicznie, sprawiając, że czytelnik chce przewracać strony szybciej, niż jest w stanie czytać, a za chwilę uspokaja go, daje chwilę wytchnienia i szansę na wyciągnięcie z Lissy czegoś więcej, niż tylko ciekawej historii.

Powieść Luki D’Andrei można połknąć w dwóch kęsach i czuć, że to trochę mało, że zjadłoby się jeszcze jakiś deser. Ale tak jak po kilkunastu minutach do naszego żołądka zaczyna docierać sygnał, że jednak jesteśmy już najedzeni, tak po przeczytaniu Lissy pewne fakty też dochodzą do czytelnika z opóźnieniem. Bo przecież można mówić, że nic w tej historii nadzwyczajnego; że autor znalazł jeden dziwny motyw i wokół niego stworzył powieść, ale zabrakło tego głównego spoiwa. I właściwie tuż po skończeniu książki faktycznie ma się prawo to czuć.

Ale zaraz później przypominamy sobie, jak Luca D’Andrea skonstruował bohaterów, w każdym z nich kryjąc coś, co przeraża i sprawia, że inaczej patrzy się na mijających cię przechodniów. Zaczynamy też rozumieć, że to musiało się skończyć właśnie tak, mimo że coś nam nadal zgrzyta. I przede wszystkim uświadamiamy sobie, że Lissy nie jest zwykłym thrillerem, a złożonym przeglądem osobowości i prześwietleniem głównych charakterów, którzy przecież na pierwszy rzut oka mogą być tak podobni do większości z nas.

Książka Luki D’Andrei raczej nie jest tytułem, który można czytać wielokrotnie i za każdym razem czuć z tego taką samą lub nawet większą satysfakcję. Ale jest powieścią, do której fragmentów będzie się wracać, analizując ciekawy styl autora i motywy godne przemyślenia, które ukrył w prostych słowach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *