Dzisiejszy wpis może być nieco kontrowersyjny i wzbudzać wiele emocji. Długo zastanawiałam się, czy w ogóle o tym pisać, ale właściwie ten temat był czynnikiem zapalnym do założenia bloga.

Na początku chcę zaznaczyć, że będę opisywać tylko sytuacje, które przytrafiły się mnie osobiście, albo o których słyszałam od moich znajomych. Nie można tutaj niczego uogólniać, nie mam zamiaru też straszyć czy nastawiać na coś konkretnego. Chcę tylko opowiedzieć moją historię, z perspektywy kobiety studiującej na politechnice.

Po co to robię? Nasłuchałam się trochę o dziwnych i nietypowych sytuacjach na studiach, typu podrzucanie egzaminów w powietrze i oblewanie tych, które spadną na podłogę. Jakoś nigdy nie chciało mi się w to wierzyć. Dorośli, poważni, wykształceni ludzie mieliby robić coś takiego? Niestety w ciągu tych dwóch lat sama byłam świadkiem tak różnych sytuacji, że teraz i w takie byłabym skłonna uwierzyć.

Chcę opowiedzieć swoją historię po to, żeby jakaś inna dziewczyna była świadoma, że takie rzeczy się zdarzają. Po to, by dodać kobietom wsparcia i otuchy, żeby nigdy nie myślały, że są gorsze od mężczyzn, bo jakiś wykładowca coś takiego zasugeruje. Chciałabym wierzyć, że ten wpis okaże się nieprzydatny, bo żadnej z Was nie przydarzy się nigdy coś takiego. Niestety, czasami i ja muszę wyjść ze swojego bezpiecznego wyobrażenia o pięknym świecie.

Kobiety na politechnikach należą do mniejszości

Z tym chyba zgodzi się każdy i nie trzeba przedstawiać jakichś specjalnych dowodów. Mimo iż coraz więcej z nas decyduje się na studia ścisłe, istnieją nawet organizacje i stypendia do tego zachęcające, to kobiety nadal są na politechnikach w znaczącej mniejszości. Na moim kierunku jest to jakieś 10%; na innych, typu matematyka, te proporcje będą już bardziej wyrównane.

Grupy ćwiczeniowe liczą około 30 osób, laboratoryjne połowę tego. W ciągu moich dwóch lat studiowania kilka razy zdarzyło się, że byłam w takiej grupie jedyną kobietą. Czasami nie miało to żadnego znaczenia, na innych znów zajęciach czułam się z tym niezręcznie. Krótko mówiąc – bywało różnie.

Jest kobietą, na pewno nic nie umie

Z takim przekonaniem spotkałam się na politechnice wielokrotnie. Nawet jeśli nie zostało to powiedziane wprost, często można było wychwycić z kontekstu rozmowy czy wyrazu twarzy.

Co jest najbardziej przykre – takie insynuacje wychodziły często od samych studentów. Wystarczyło, że dziewczyna była zadbana, ładnie ubrana, pomalowana. Niektórych nie obchodziło wtedy, co faktycznie ma w głowie – z reguły od razu była spychana do szuflady z napisem „pusta laska”. Co zabawne, te osoby często same nie popisywały się dużą wiedzą.

Jak wyglądało to od strony wykładowców? Ja osobiście, będąc jedyną dziewczyną w pewnej grupie ćwiczeniowej, spotkałam się z taką sytuacją:

Prowadzący tłumaczył pewne zagadnienie i na koniec pytał, czy wszyscy rozumieją. Zaraz po tym padało jeszcze jedno pytanie: a pani też rozumie? Towarzyszył temu kpiący uśmieszek. Pojawiło się to już na pierwszych zajęciach, więc nie można poprzeć tego tym, że np. faktycznie nie kojarzyłam tematu. Z ćwiczeń wyszłam z piątką, chociaż wielu facetów takiego „szczęścia” nie miało.

Inna sytuacja: siedzimy na wykładzie, zbliżał się koniec semestru, więc frekwencja raczej mała. Wśród kilkudziesięciu chłopaków, były nas trzy dziewczyny. Prowadzący mówił z taką prędkością, że ledwo dało się wyłapać pojedyncze słowa (bo wykład co dwa tygodnie i czasu mało, Pwr pozdrawia). Nagle zostałam zapytana, czy wiem, dlaczego w danym układzie ma być tak, a nie inaczej. Nie miałam pojęcia, bo przedmiot trudny, na wykładzie same nowości i tak jak wspomniałam, nadążyć za tym wszystkim się nie dało. Za chwilę zapytana została druga dziewczyna, za nią kolejna. Przypominam, łącznie ze mną były trzy. Przypadek?
Dopiero po tym pytanie padło ogólnie, do sali. Nikt nie znał odpowiedzi.

Na ostatnim wykładzie prowadzący między jednym tematem a drugim wtrącił coś takiego: „zresztą ja uważam, że kobiety nigdy nie mają racji i zdania nie zmienię”. Nie był to żart, zdanie zostało wypowiedziane bez uśmiechu na twarzy, a po tym nie nastąpiła żadna próba wytłumaczenia. Cóż…

W tym tygodniu usłyszałam też od koleżanki, że inny prowadzący na laboratoriach powiedział, że „kobiety na politechnice powinny tylko sprzątać”.

Nie są to może jakieś drastyczne sytuacje, ale uważam, że nie powinny mieć miejsca. Uwierzcie także, że spotkała mnie jedna dużo gorsza historia, ale nie chcę tutaj o niej opowiadać. Dość powiedzieć, że z zajęć wyszłam z płaczem i przez kilka kolejnych dni bardzo musiałam się zmuszać, żeby na uczelnię w ogóle chodzić.

Kobiety na politechnice mają łatwiej

Niektórym może się wydawać, że tak właśnie jest. Wciąż panuje przekonanie, że wystarczy się uśmiechnąć i zatrzepotać rzęsami, by zdobyć lepszą ocenę. No cóż, to tak nie działa 🙂

Prawdą jest jednak, że niektórzy prowadzący po prostu przychylniej patrzą na kobiety. Potrafią wytknąć każdy najmniejszy błąd jakiemuś chłopakowi, a podchodząc do dziewczyny, tylko litościwie się uśmiechnąć. Są to jednak sytuacje dość rzadkie, chociaż uważam, że każdy powinien być traktowany jednakowo.

Należy też zwrócić uwagę na fakt, że gdy w grupie ćwiczeniowej liczebność kobiet wynosi około 10%, są one zwyczajnie bardziej widoczne. Wyobraźcie sobie taką sytuację: prowadzący wybiera osoby, które mają podejść do tablicy. Bierze dwóch, trzech chłopaków z rzędu, więc – żeby nie było – prawdopodobnie następnym razem padnie na dziewczynę. Więc to nie jest tak, że my nic nie musimy i mamy lżej 🙂

Kobieta też człowiek

To normalne, że w niektórych sytuacjach kobiety reagują inaczej niż mężczyźni. Zazwyczaj są słabsze fizycznie, zwracają większą uwagę na estetykę, no i mają okres. Z własnego doświadczenia wiem, że potrafimy się wtedy zmienić w potwora, albo ryczeć cały dzień bez żadnego powodu. Tak się dzieje i to jest w porządku – gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, świat byłby nudny. Ale nauczmy się wreszcie, że nie można oceniać człowieka przy pierwszym spotkaniu patrząc tylko na płeć (pomijając już to, że w ogóle nie powinniśmy nikogo oceniać).

Cieszę się, że żyję w czasach, w których w ogóle jako kobieta mam możliwość zdobywania wiedzy. Cieszę się też, że coraz więcej osób nie odbiera tego, jak coś dziwnego, nie na miejscu. Jednak wydaje mi się, że ten proces ciągnie się zbyt długo, jest za mało dynamiczny. Dużym problemem jest też to, że kobiety same nie wierzą w siebie i w swoje możliwości. Owszem, wybieramy takie kierunki jak Matematyka czy Chemia, bo one bardziej kojarzą się z dziewczynami. Jednak ilu jest elektryków czy informatyków kobiet? Nie chodzi o to, byśmy szły tam na siłę, ale żeby po prostu nie blokował nas strach.

Ciężko jest mi przekazać w tym jednym poście wszystko to, co bym chciała. Nie mam także zamiaru wyrzucać tutaj mojej frustracji, chociaż może w niektórych miejscach tak to wygląda. Moim celem było zwrócenie uwagi na fakt, że niekiedy kobietę na politechnice wciąż uważa się za przypadek. Chciałabym, żebyśmy wszyscy zaczęli patrzeć na człowieka przez pryzmat tego, co ma w głowie, a nie tego jak wygląda, czy jakiej jest płci.

Jeśli dzięki temu wpisowi chociaż jedna osoba spojrzy z innej strony na ten problem, będę przeszczęśliwa. Traktujmy innych tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani.

 

 

2 thoughts on “Kobiety na politechnikach”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *