Hejo! W ostatnim wpisie o moich planach na wakacje wspomniałam o tym, że chciałabym wziąć udział w konkursie literackim i napisać pierwszą wersję mojej książki. Dla tych, którzy mnie nie znają, mogło się to wydawać trochę dziwne, no bo jak to tak, studentka politechniki i pisać chce? 😀 Dziś zatem chciałabym opowiedzieć, jak to z tym u mnie jest, od czego się zaczęło.

Książki darzę miłością chyba od zawsze. Czytać nauczyłam się wcześnie, rodzice kupowali mi baśnie i powieści dla dzieci, a ja je pochłaniałam w ekspresowym tempie. Później poszłam do szkoły i odkryłam bibliotekę ;).
Kiedy jednak zaczęłam pisać? Moje pierwsze wspomnienie z tym związane sięga drugiej/trzeciej klasy podstawówki. W pamięci mam jakiś konkurs na opowiadanie, gdzie trzeba to było jeszcze złożyć, zrobić okładkę. Jak się skończyło – nie mogę sobie przypomnieć. Wiem tylko tyle, że stworzyłam wtedy historię o dziewczynce, która znalazła się w magicznej, lodowej krainie i została jej królową. Później to już poszłooo ;).

Nie mogę sobie przypomnieć, co było pomiędzy, ale w piątej klasie do wszystkiego doszły jeszcze wiersze. Początkowo rymowane wierszyki, jednak szybko zaczęłam pisać coś, co wtedy wydawało mi się bardzo „poważne” ;). W podstawówce powstawały też pierwsze blogi. Oo, co to się wtedy działo! Byłam w tamtych czasach zafascynowana książkami o Harrym Potterze, czytałam też więc dużo opowiadań inspirowanych tą serią. Sama też zaczęłam coś takiego pisać i ciągnęłam to dość długo.

Wracając, w okolicach czwartej czy piątej klasy podstawówki w mojej „pisarskiej karierze” nastąpił swego rodzaju przełom. Zaczęło się zostawanie z koleżankami po szkole i odkrywanie pobliskich terenów. A uwierzcie, było co odkrywać. Mały park, rozległe, górzyste pola. Dla takich dzieciaków to był wtedy raj. Miałyśmy własną kryjówkę, bazę, zrobiłyśmy sobie nawet jakieś prowizoryczne liany :D. Wyobraźcie sobie, że kawałek dalej były już tylko pola i lasy, od czasu do czasu można było spotkać jakąś krowę. Typowy, wiejski krajobraz, który wtedy był dla nas czymś niezwykłym. Pamiętam też ścianę drzew, a za nimi małe bagno. Ooo, gdyby moja mama wtedy się o tym dowiedziała… 😀

 

W pamięci szczególnie utkwił mi jeden taki dzień. Miałyśmy już wracać do domu, gdy nagle całe niebo się zachmurzyło, było dosłownie czarne. W oddali słychać było pierwsze grzmoty. Chyba nigdy nie jechałam swoim rowerkiem tak szybko, jak wtedy. Nie, nie ze strachu. Z podniecenia, bo w mojej głowie właśnie tworzyła się niesamowita historia, którą chciałam jak najszybciej spisać. W ten oto sposób zaczęłam swoją pierwszą powieść. Też się teraz z tego śmieję, ale jednocześnie wspominam z rozrzewnieniem i niekiedy nawet w moich oczach pojawiają się łzy.

Idąc do gimnazjum miałam na swoim koncie nieskończoną powieść, kilka blogów i kilkadziesiąt wierszy. Wtedy też właśnie schyliłam się w kierunku poezji. Pamiętam dobrze, że nauczycielka nie chciała mi wierzyć, iż sama to pisałam, bo było jej zdaniem zbyt poważne. Strasznie mnie to wtedy denerwowało, ale jednocześnie była to swego rodzaju pochwała. Czułam się dumna i pisałam jeszcze więcej.

Obok wierszy były to kolejne blogi. Jakoś w drugiej klasie zapragnęłam napisać drugą powieść. Historia dojrzewała we mnie od pewnego czasu, kształtowała się, a pewien sen sprawił, że wystrzeliła niespodziewanie i w ciągu dwóch, trzech miesięcy powstała jej pierwsza wersja. Oczywiście wtedy publikowałam ją na blogu, bo nie sądziłam, że będę kiedykolwiek w stanie napisać ją tak dobrze, by móc pokazać to szerszej publiczności. I teraz uwaga! Jest to ta powieść, o której pisałam poprzednio. Tak, od tylu lat ciągle siedzi mi to w głowie. Oczywiście w międzyczasie powstawały kolejne wersje. Ogólny bilans jest taki, że mam dwie skończone i kilka rozpoczętych. Można się domyślać, że za każdym razem były one nieco inne. To normalne – dorastałam, a więc chciałam nieco zmienić fabułę, miałam już inne priorytety i inne spojrzenie na świat.

W liceum pisałam już dużo mniej. Wciąż próbowałam z tą powieścią, wchodziły dłuższe opowiadania. Wiele tekstów rozpoczęłam, mało skończyłam. Nastał dla mnie czas totalnej stagnacji. Od kilku lat nie jestem w stanie napisać żadnego wiersza i myślę, że tak już zostanie. Nie umiem znaleźć w sobie tego, co kiedyś mną kierowało – może to i dobrze ;).

Co do prozy – mam takie momenty, że przez dwa tygodnie piszę kilka stron każdego dnia, a później znów milknę na długie miesiące. Boli mnie to, bo bardzo chciałabym pisać, jest to coś, co mnie wyzwala i czyni szczęśliwą. Ta blokada trwa zdecydowanie zbyt długo – dlatego moim celem na te wakacje jest przełamanie jej. Myślę też, że jest mi ciężko, bo wałkuję tę samą historię już któryś raz i jeszcze nigdy nie byłam z niej w pełni zadowolona. Wiem jednak, że bez tego nie pójdę dalej – ta powieść musi wyjść na świat. Dopóki to się nie stanie, nie będę potrafiła napisać czegoś innego.

Lubię o tym pisać, opowiadać swoją historię. Moja twórczość to spory kawał mojego życia i jestem wdzięczna, że dane mi było przez to przejść. A jeśli Wam udało się to wszystko przeczytać – gratuluję :D.

Życzcie mi powodzenia i trzymajcie kciuki, abym mogła pójść dalej i spełnić jedno z moich największych marzeń.

Jeśli chcecie być na bieżąco z tym, co się dzieje na blogu, zachęcam do polubienia mnie na Facebooku i Instagramie.

3 thoughts on “O tym, jak zaczęła się moja historia z pisaniem”

  1. Andżołko, ponieważ mamy już sierpień, mogę chyba zadać Ci pytanie: jak idzie pisanie powieści? ;D
    Pozdrawiam cieplutko 🌹❤

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *