Właściwie nie wiem, dlaczego wybrałam się na Influencer Live Poznań. Gdy usłyszałam o nim jakoś w lutym i zachęcona weszłam na stronę, okazało się, że zapisy były… do wczoraj. I jakoś mi się smutno zrobiło, bo przecież Poznań tak blisko, może w końcu odważyłabym się poznać innych ludzi, którzy też robią w internetach.

I później okazało się, że los bardzo chciał, abym i ja tam pojechała, bo pojawiła się druga tura zapisów. Wyczekiwałam jej jak nienormalna, obawiając się, że może miejsc zabraknie (wtf?), albo okaże się, że jednak szybciej zamkną te zapisy.

TAK, ZAPISAŁAM SIĘ NA INFLUENCER LIVE POZNAŃ

No i jak się w końcu zapisałam, to dopiero do mnie dotarło, co ja najlepszego zrobiłam. Że niby mam być w jednym miejscu z tymi wszystkimi ludźmi, którzy są tak znani i mają tak duże społeczności? Ja, która jak na Insta Stories pokaże kawałek twarzy to przeżywa to później kolejne 24h? No way.

A jednak pojechałam. Bo ja tak muszę robić, działać, zanim pomyślę. Inaczej całe życie siedziałabym przy biurku, garbiąc się niemiłosiernie (no, może aż tak tragicznie nie jest). Jednak zanim wyruszyłam do Poznania, co ja się nastresowałam…!

CZEGO SIĘ BAŁAM?

Było dobrze, dopóki nie przyszedł ten tydzień, w którym wszystko miało się wydarzyć. Wtedy już przestałam spać i obgryzałam paznokcie ze zdenerwowania. Bo jak to tak, co ja tam będę robić? Nikt mnie nie zna. Przedstawię się nazwą bloga, popukają się w czoło. Nawet z twarzy nikt nie ma szansy mnie poznać, bo przecież nigdzie nie publikuję swoich zdjęć.

A poza tym ja też nie znam całej blogosfery. Kojarzę kilka tych bardziej popularnych osób, ale przecież statystyki na wydarzeniu mówiły, że te osoby, które pojawią się w Poznaniu, to można w tysiącach liczyć. Co jeśli zagadam do kogoś w stylu „cześć, też jesteś tu pierwszy raz?”, a on mi odpowie „nie, właściwie to jestem jednym z prelegentów”. No, wiecie o co chodzi.

Bałam się też, że wystąpienia będą nudne. Albo coś jeszcze gorszego – okaże się, że całe to blogowanie już nie ma sensu i że trzeba przyciągać czytelników nagimi fotkami, albo zdjęciami smutnych kotków. I że jak jesteś małym blogerem, to lepiej skończyć z tym jak najszybciej, bo na rynku jest miejsce tylko dla tych rekinów, co się tym zajmują od czasów, zanim ja się w ogóle urodziłam. Tytuł prelekcji Michała Góreckiego „Depresja blogera […]” zdawał się tylko to wszystko potwierdzać.

No i przede wszystkim bałam się tam być sama. Bałam się, że się zgubię, wbiję w środek jakiegoś zupełnie innego wydarzenia. Dużo miałam obaw, ale w końcu pojechałam, bo co miałam zrobić?

BLOGER TEŻ CZŁOWIEK

Pierwszy sukces: prawie nie zgubiłam się, szukając targów. Tylko nie bardzo wiedziałam, którymi drzwiami dokładnie wejść, ale kryzys został szybko zażegnany.

Później oczywiście udawałam, że wiem, co ja tu robię. Przestrzeń była spora, ale spodziewałam się czegoś większego, więc to też na plus. Dalej szłam za tłumem. 🙂

Tak jak usiadłam w tej największej sali, tak zostałam tam na pewien czas. Nie ukrywam – bardzo wyczekiwałam prelekcji Oli Budzyńskiej, bo chciałam ten wulkan energii zobaczyć na żywo. I wiecie co? Była energia, był szał, ale to nie wszystko. Bo ja widziałam ją też zestresowaną, przejętą tym, że tak wiele osób przyszło na jej wystąpienie. Myślałam sobie: jak to? Ktoś tak znany w blogosferze, kogo obserwuje tak wiele osób, stresuje się?

ODWAGA NIE PRZYCHODZI SAMA

Bo wiecie, nam czasami wydaje się, że jak ktoś na co dzień pokazuje się w internecie, to musi mieć naprawdę dużą odwagę i w ogóle wow. Ja sama podziwiam takich ludzi i myślę sobie „też chciałabym taka być”. Ale to tak nie działa.

Okej, niektórzy rodzą się z większą charyzmą. Po niektórych od razu widać, że nie boją się wystawiać na świat. To ci, którzy w szkole potrafią wmówić nauczycielowi swoje racje. Albo ci, którzy podnoszą się po 5 minutach po tym, gdy ktoś powie coś złego na ich temat.

Ja częściowo jestem właśnie taką osobą. Ale to nie sprawia, że łatwiej jest mi upubliczniać się w Internecie: tworzyć nagrania live, webinary czy chociażby Insta Stories, które przecież znikają po 24 godzinach.

Tego wszystkiego trzeba się nauczyć, wyćwiczyć. Przełamać raz, a później regularnie tworzyć i stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej. Jak w każdej innej pracy, w każdym zawodzie (jeżeli chce się osiągnąć coś więcej).

INSTAGRAM NIE JEST WYROCZNIĄ

Była też Ania (aniamaluje) i jej rozmowa z dziewczynami z branży Beauty. Totalnie nie mój temat, ale wysłuchanie tego dało mi dużo do myślenia. Z perspektywy czytelników niektóre rzeczy wyglądają zupełnie inaczej niż naprawdę. Nie raz zastanawiałam się, czy tym blogerkom można zaufać, skoro testują i polecają tak wiele produktów różnych marek. Wysłuchanie tej rozmowy na Influencer Live Poznań pokazało mi, że niektórzy naprawdę podchodzą do współprac w taki sposób, by nie oszukać czytelnika. Dowiedziałam się też, do czego niektóre firmy potrafią się posunąć, by tylko zareklamować swój produkt.

I – tylko nie zrozumcie mnie źle – te piękne buzie, które widzimy na zdjęciach, w rzeczywistości wciąż są piękne, ale bez przybrania odpowiedniej pozy, bez właściwej mimiki wyglądają już nieco inaczej. To, co widzimy na Instagramie, to najlepsze wybrane ujęcia. Warto o tym pamiętać.

CZY TA KONFERENCJA MNIE CZEGOŚ NAUCZYŁA?

Tak. Nauczyła mnie przede wszystkim tego, żeby nie zakładać niewygodnych butów, które cię obcierają, gdy wiesz, że będziesz musiała przetrwać w nich cały dzień. Serio.

Ale dała mi też dużo, bardzo dużo motywacji i siły do działania. Uwielbiam słuchać ludzi, którzy żyją z pasją i dzielą się tym z innymi. Tylko wiecie – to nie jest tak, że „rób to co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia”.

Te wszystkie napisane teksty, nagrane filmy, stworzone kursy, przeprowadzone webinary – to się nie bierze znikąd. Każda z tych rzeczy powstaje dzięki temu, że ktoś włożył w to swoją pracę. I to nie, że skoro film trwa 15 minut, to ktoś to 15 minut nagrywał. Albo że napisanie tekstu na bloga zajmuje pół godziny.

I generalnie ja to wszystko wiedziałam, ale dobrze jest czasami posłuchać, że innym też nie jest łatwo. xD

A tak serio: z tych motywująco-inspirujących wystąpień najbardziej zapadło mi w pamięć to Oli Budzyńskiej (Pani Swojego Czasu) i Marty Krasnodębskiej (Hakerki Sukcesu). Wiecie, co było w nich najfajniejszego? To, że dziewczyny są typ typem ludzi, którzy mówią „okej, muszę zrobić to, to i tamto” i po prostu to robią. Nie ma zbędnego narzekania, szukania wymówek, zastanawiania się „a co będzie dalej?” „co, jeśli to się nie uda?”.

One biorą życie w swoje ręce. Sama staram się tak robić, dlatego wysłuchanie tych dwóch prelekcji było dla mnie naprawdę ogromną dawką energii.

JAK ROBIĆ, ŻEBY SIĘ NIE NAROBIĆ. ALE ŻEBY JEDNAK DZIAŁAŁO

Ale na Influencer Live Poznań było też wiele takich wystąpień, które przekazywały bardzo konkretną wiedzę. Można do nich zaliczyć prelekcje Macieja Budzicha o pozyskiwaniu pieniędzy na swoje projekty, Anety Rutkowskiej i Anny Zalewskiej o optymalizacji stron www, Kamila Nowaka o prowadzeniu bloga, Szymona Słowika o pozycjonowaniu w Google (który pewnie teraz nie pochwaliłby mnie za to linkowanie do wszystkich stron) i oczywiście Pawła Tkaczyka o budowaniu marki.

Niestety nie sposób wysłuchać wszystkich prelekcji: coś trzeba było wybrać i odpuścić coś innego.

Co jeszcze na Influencer Live Poznań mnie urzekło? Oczywiście wykład Janiny, ale tego chyba nie trzeba tłumaczyć.

I wystąpienie Jasona Hunta, w którego połowie niestety musiałam wyjść, ale odsłuchałam resztę w domu, bo było nagrane <3 To było coś w stylu: „wow, facet powiedział jedną z bardziej oczywistych rzeczy, ale kto z nas faktycznie się do tego stosuje?”. Czyli innymi słowy: chcemy mieć efekty bez wkładania w to odpowiedniego wysiłku. Pokazana na początku ankieta była naprawdę ciekawym doświadczeniem.

DEPRESJA BLOGERA?

Muszę jeszcze wspomnieć o Michale Góreckim i jego wystąpieniu na temat depresji blogera. Najpierw się trochę z tego podśmiewałam. Spodziewałam się bezsensownej gadki o tym, jakie to życie blogera jest ciężkie. Ale cofam wszystkie te złe myśli!

Michał pokazał wszystko to, z czym zmagają się nie tylko blogerzy, ale ogólnie ludzie pracujący z domu, sami zarządzający swoim czasem. I jak ja go dobrze rozumiałam! Niekiedy granica pomiędzy produktywnym dniem, a zostaniem w łóżku i oglądaniem seriali jest naprawdę bardzo cienka. Potrzeba wiele samokontroli i zaparcia, by codziennie wykonywać swoją pracę, nawet jeśli się to bardzo kocha.

ORGANIZACJA I KWESTIE TECHNICZNE

Co ja się będę na ten temat wypowiadać. Byłam zbyt podekscytowana, żeby zwracać uwagę na takie szczegóły. Krzesła na salach były, nawet całkiem wygodne. To, że się niekiedy ludzie z tych sal wysypywali to prawda, ale myślę, że ciężko było niektóre kwestie przewidzieć.

Był Lidl, który częstował zdrowymi przekąskami i wodą. Ja tam Lidla kocham za wiele rzeczy, np. za półki „kupuję nie marnuję”. O słynnym melonie za 3 zł możecie przeczytać na moim Instagramie.

Była też kawa. Ale kawa TAK DOBRA, że po konferencji musiałam zamówić sobie całą paczkę do domu. Mowa tu o CoffeeJourney. To nie jest jakby co reklama, po prostu czymś tak cudownym trzeba się dzielić. Serio, to była jedna z lepszych, o ile nie najlepsza kawa jaką kiedykolwiek piłam. A ja to jednak jeśli o to chodzi, jestem trochę wybredna.

PODSUMOWANIE

Czy na Influencer Live Poznań pojadę za rok? Oczywiście, że tak! I tym razem tuż przed konferencją nie będę mogła spać z emocji i podniecenia, a nie z głupiego stresu. Bo nikt tam nie gryzie. Możesz sobie podejść nawet do Gonciarza i pewnie chętnie zrobi sobie z tobą fotkę. Chociaż nie wiem, bo nie próbowałam.

Merytorycznie to wszystko było na naprawdę wysokim poziomie. A jeśli mam być szczera, to spodziewałam się trochę takiego pitu-pitu (chociaż jedno z wystąpień było tragiczne, ale po prostu stamtąd wyszłam). Dostałam dużego kopa motywacyjnego. Tak dużego, że od tamtego czasu nie mogę pozbierać myśli i próbuję powoli wprowadzać różne zmiany. Optymalizuję bloga. Planuję, jak go odświeżyć. W międzyczasie tworzę sobie drugą stronę. I szykuję dla Was niespodzianki. Duuuuuuże niespodzianki. Mam tak wiele pomysłów, że nie wiem, od czego zacząć. Więc chyba po prostu siądę i stworzę jakiś plan. Może nawet kupię sobie do tego planer Pani Swojego Czasu? 😉

5 thoughts on “Influencer Live Poznań, czyli o tym, że bloger też człowiek”

  1. Bardzo mi się podoba ta relacja, zawarła absolutnie wszystko, co jest w takich blogarskich koloniach najlepsze – nie tylko prelekcje i dobra zabawa, ale też możliwość przekonania się, że w gruncie rzeczy wszystkich nas bardzo dużo łączy i czasem jest to właśnie ten niepokój i depresja z prelekcji Michała 🙂

    1. Ten weekend był naprawdę wspaniały. 🙂 Możliwość poznania tak wielu osób działających w sieci to coś niesamowicie inspirującego.

  2. To właśnie w tych konferencjach jest najfajniejsze! Wchodzisz na prelekcję, po której nie spodziewasz się rewelacji, a po pół godzinie masz porozwalane myśli w głowie i już wiesz, że musisz przerobić mnóstwo rzeczy w swojej twórczości. Potem podchodzisz do prelegenta, zagadujesz go, a on podpowiada ci jeszcze „pińcet” innych punktów, o których nie wspomniał podczas wystąpienia, bo miał za mało czasu… Ja po takich eventach mam spuchniętą głowę, ale i rozradowane serce. To mnie uskrzydla na kolejne kilka miesięcy. 🙂
    PS: Ale i tak prowadzący najlepsi! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *