Chyba każde dziecko przynajmniej raz w życiu usłyszało pytanie:

Kim chcesz zostać w przyszłości?

Jak byłam mała, uwielbiałam na nie odpowiadać. I tak po kolei miałam być: królową (nieistotne jaką, chciałam mieć dużo pieniędzy i pomagać swoim poddanym), lekarzem, astronautą, naukowcem, nauczycielką matematyki, później pisarką, ale szybko wyparłam to z głowy, bo przecież chciałam być bogata, a to nie idzie ze sobą w parze.

Pod koniec gimnazjum i w pierwszej klasie liceum myślałam o studiach prawniczych. Z tego jednak też zrezygnowałam, bo nie uśmiechała mi się tak długa edukacja, a przede wszystkim mam beznadziejną pamięć jeśli chodzi o wkuwanie regułek i kodeksów.

W międzyczasie nieśmiało powracały myśli o pisaniu. Że może kiedyś, jak się dorobię na czymś innym, to rzucę to wszystko i będę pisać. Ale później poszłam na studia.

Studia to typowy rollercoaster. Raz wyobrażasz sobie, że pójdziesz na doktorat, albo wyjedziesz za granicę robić karierę, a za chwilę myślisz, że lepiej byłoby umrzeć niż spędzić kolejny dzień, będąc przywiązanym do tego chorego systemu.

Ale to wszystko kusi coraz bardziej. Po drugim semestrze już prawie w ogóle nie piszę, bo wydaje mi się, że nie mam czasu i że to w ogóle bez sensu. Tylko czasami skrobnę coś w zeszycie, a miesiąc temu podczas przeprowadzki znajduję notatki z zajęć przeplatane… opowiadaniami? Wierszami? Czymś, co wtedy we mnie siedziało.

SAMA TEGO CHCIAŁAŚ

Zaczyna się drugi rok studiów i myślę, że już za późno na jakiekolwiek zmiany. Tak wybrałam, tego muszę się trzymać. Więc próbuję się uczyć jeszcze więcej, zarywam nocki, ale psychika siada mi coraz bardziej. Czasami nawet lubię to, co robię, potrafię spędzić kilka godzin na wybieraniu czujnika do robota. Mam wizje siebie w korpo robiącej nadgodziny, bo przecież jestem młoda i zdrowa, nie mam żadnych zobowiązań. Mogę poświęcić się pracy.

Ale gdy próbuję programować, to chce mi się tylko płakać. W końcu udaje mi się zrobić to, co muszę, ale mam wrażenie, że zabiera mi to dwa razy więcej czasu niż powinno. Powoli dostaję drgawek na samo słowo „programowanie” i odliczam dni do końca studiów. Do końca piątego roku, do dyplomu magistra.

Czwarty semestr wywołuje we mnie tak silne emocje, że postanawiam założyć bloga. Po to, by dzielić się całą tą niesprawiedliwością, wykrzyczeć światu, że coś chyba jest nie tak. Ale zaczynam zupełnie łagodnie i w ogóle nie tak, jak chciałam. Piszę o tym, dlaczego przestałam lubić swoje studia i przekonuję samą siebie, że to moja wina i można to naprawić.

Dopiero 5 miesięcy później publikuję tekst, od którego chciałam zacząć, a robię to i tak w dużo łagodniejszej wersji – Kobiety na politechnikach. Na uczelni słyszę kilka bardziej śmiałych głosów od koleżanek, które zgadzają się z moim zdaniem i dodają więcej pikantnych szczegółów.

Rozpoczynam trzeci rok studiów i chyba mam już na wszystko wylane. Poznaję więcej ludzi, od słowa do słowa okazuje się, że całkiem spora ich część też lubi pisać. Zaczynamy umawiać się na wspólne pisanie, a ja postanawiam wziąć udział w NaNoWriMo. I chociaż nie udaje mi się napisać założonych 50 tysięcy słów, listopad kończę z 30 tysiącami słów na koncie. Moja powieść nabiera tempa, a ja nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle pisałam. Myślę, że może 2018 rok będzie w końcu tym, kiedy faktycznie wydam swoją książkę.

Na szóstym semestrze pojawiają się nieśmiałe myśli, że może zrobię sobie rok przerwy, popracuję i dopiero wtedy wrócę na magisterkę. Albo w ogóle nie wrócę, bo dochodzą do mnie głosy, że pracodawcy w wielu fajnych firmach bardziej sobie cenią umiejętności i doświadczenie, a nie papierek.

5 LAT STUDIÓW? TO NIC NIE ZNACZY

W wakacje po trzecim roku idę na praktyki i to jest dla mnie bardzo trudny okres. Dopiero wtedy widzę, jak niewiele umiem i mimo że jestem zachwycona całym procesem powstawania tych maszyn, to każdego ranka budzę się ze skurczonym żołądkiem.

Boję się, bo wiem, że nauka elektroniki czy automatyki nie przychodzi mi tak lekko jak np. matematyka. Po maturze mogło mi się wydawać, że to musi być ze sobą powiązane, ale po trzech latach studiowania nie mam już żadnych złudzeń.

Największym problemem jest to, że po prostu nie mam ochoty robić cokolwiek na te studia. Nie jestem głupia, zrozumiem wszystko, jeśli mi to ktoś wytłumaczy, ale takich ludzi na politechnice nie znajduję. Samej nie ciągnie mnie do tego, by wieczorami grzebać w kabelkach czy programować. Jednocześnie nie daję sobie przyzwolenia na cokolwiek innego, bo przecież powinnam się uczyć.

Praktyki pokazują mi, jak wygląda praca automatyka, a ja robię research i łapię się za głowę. 3000 zł na rękę po 5 latach doświadczenia i ludzie skaczący z radości z takiej stawki. Nie mówię, że 3000 zł to mało, ale dobrze wiem, ile czasu i poświęcenia potrzeba, by być dobrym automatykiem. A stawki dla ludzi z większym doświadczeniem wcale nie wyglądają lepiej.

W sierpniu przed 7 semestrem wiem już, że na magisterkę nie pójdę. Wyczekuję końca tych męczarni i oczami wyobraźni widzę siebie szczęśliwą i wolną, tuż po obronie.

Jednocześnie, trochę przez przypadek, zdobywam swoje pierwsze zlecenie jako copywriter. Słyszę „to jest pierwszy tekst od dawna, który mam ochotę zaakceptować bez żadnych poprawek”. Jeszcze nie wiem, z czym wiąże się cała ta praca, ale pierwsze pieniądze zarobione na pisaniu są dla mnie jak błogosławieństwo.

We wrześniu dowiaduję się, że zostałam nominowana do nagrody głównej w konkursie na opowiadanie w związku z Międzynarodowym Festiwalem Opowiadania. To chyba jedno z ważniejszych tego typu wydarzeń w Polsce i gdy czytam tę wiadomość, to ledwo jestem w stanie cokolwiek z siebie wydusić.

Nagrody nie zdobywam, ale spędzam weekend na warsztatach pisarskich z tak cudownymi ludźmi, że wtedy wierzę, że mogę wszystko. Chwilę później idę na kolejne warsztaty, które uświadamiają mi coś ważnego: ja naprawdę mam talent do pisania, a tak strasznie go zaniedbuję.

Wtedy jednak piszę głównie pracę inżynierską. Mimo świadomości, że po obronie rzucam to w cholerę, to nagle przychodzą do mnie myśli „a może jednak popracuj trochę w zawodzie, zawsze możesz pisać powieść wieczorami”. Albo: „zrób jednak magisterkę, to tylko 1.5 roku, a możesz później żałować”. I czuję się jeszcze gorzej, bo wiem, że czeka mnie bardzo ważna decyzja.

W końcu jestem tak styrana, jak jakaś stara szmata do podłogi. I przychodzi dzień obrony, ale przed nim stres sięga zenitu, a ja chcę to rzucić i nie robić już nic. Wreszcie wychodzę z sali z tytułem inżyniera i uśmiechem od ucha do ucha.

UWIERZYSZ, ŻE TO JUŻ KONIEC?

Teraz wiem już, że wszystko zależy tylko ode mnie. Jestem copywriterem freelancerem od kilku miesięcy, a potrafię zarobić tyle, żeby spokojnie wystarczyło na życie, wakacje i jeszcze mogę na luzie coś odłożyć. A wciąż jest to dla mnie praca trochę dorywcza, bo ogarniam inne sprawy i dopiero się wkręcam.

I w końcu to, do czego zmierzam: wiele lat zajęło mi zrozumienie, że to ode mnie zależy to, co będę robić. Że żadna z tych osób, które mówiły mi „ale zrób tego magistra, skończ te studia, dyplom zawsze się może przydać, wiedzy nikt ci nie odbierze’ nie będzie za mnie chodziła do znienawidzonej pracy.

To ja w wieku 22 lat widzę pierwsze siwe włosy na swojej głowie. To ja nie potrafię przespać choć jednej nocy w całości, bo wciąż budzą mnie koszmary, a później nie umiem już zasnąć. I wreszcie to mnie tak często ze stresu ściskał żołądek, traciłam świadomość, albo czucie w kończynach. To ja doświadczałam tego wszystkiego – nie te osoby, które były tak zawiedzione faktem, że „zrezygnowałam” ze studiów (bo inżynier nic nie znaczy).

I wszystko to działo się dlatego, bo bałam się zaryzykować i zostać uznana za… humanistę. Tak, właśnie tak. Bałam się, że ludzie nie będą traktować mnie poważnie, gdy powiem, że zarabiam na życie pisaniem. I wiecie co? Tak było, ciągle jest i pewnie jeszcze długo będzie.

Bo oczywiście dostawałam pytania, czy z tego w ogóle da się wyżyć. Widziałam te niby serdeczne, ale tak naprawdę prześmiewcze wyrazy twarzy, gdy mówiłam, że copywriterzy naprawdę dobrze zarabiają. A gdy wspomnę, że kiedyś wygrywałam większość konkursów z matematyki i dawałam z tego przedmiotu korki, to ludzie nagle się dziwią: „ty?”.

Jak łatwo zapomnieć, że ktoś, kto wybrał inną drogę życiową niż ta, do której przygotowywał się od dzieciństwa, wcale nie jest przegrywem. Że moje „będę utrzymywać się z pisania” było w pewnym stopniu ryzykowne, bo chociaż piszę od bardzo dawna, na rynku copy jestem stosunkowo nowa.

Kiedyś myślałam, że z pisania mogą utrzymać się tylko nieliczni. Teraz patrzę na topkę empiku i widzę, że nad jedną książką wcale nie trzeba znosić jajka i można zbić kokosy za coś stworzonego w trzy miesiące.

I mogłabym tak, ale nie chcę. Bo to jest w końcu mój czas. Nareszcie to ja ustalam swoje priorytety. I chociaż czasami wciąż mi przykro, gdy ludzie dziwią się, że mam zlecenia i potrafię sama na siebie zarobić, to generalnie już się tym nie przejmuję.

A wszystkim tym, którzy „humanistów” wrzucają do jednego worka, chciałabym powiedzieć tyle:

nazywasz humanistą kogoś, kto z przypadku poszedł na jakieś tam studia, bo na coś trzeba było. I nazywasz humanistą też mnie i inne podobne do mnie osoby, które przeszły długą drogę do tego, by przestać czuć się winne za robienie czegoś, co po prostu sprawia im przyjemność.

A wystarczyłoby tylko trochę poczytać i dowiedzieć się, że humanistą wcale nie jest ktoś, kto nie potrafi liczyć.

EDIT [26.03.2019] – biorę udział w konkursie na Twórcę Roku. Jeżeli moje teksty w jakikolwiek sposób Ci pomogły, albo po prostu uważasz, że Memento jest warte zauważenia, będę wdzięczna za oddany głos.

Możesz to zrobić TUTAJ (klik). Dziękuję! Wasze wsparcie jest dla mnie niesamowicie ważne.

7 thoughts on “Humanista? A z tego w ogóle da się wyżyć?”

  1. Dziękuje ! Takie historie zdarzają się bardzo często , niestety w większości przypadków ludzie nie decydują się zaryzykować , super , ze Tobie się udało .

  2. Tak bardzo się z Tobą zgadzam! Przechodziłam przez to samo po rzuceniu architektury: „tyle się uczyłaś, przecież ładnie rysujesz, nie szkoda Ci poświęconego czasu?”. Albo gorzej: „no tak, niektórzy nie dają rady, to bardzo wymagające studia…”. Nie w tym rzecz 😉

    To się tak często zdarza, że ludzie decydują się na kierunek/uczelnie/miasto czy w ogóle życiową drogę tylko dlatego, że wydaje im się ambitna, wartościowa, prestiżowa. Chcą być z siebie dumni. „Przecież jestem inteligentny, ambitny, poradzę sobie”. No tak, poradzisz sobie, ale życie jest jedno i nie warto podejmować decyzji, które wywołają podziw w czyichśtam oczach, kosztem znienawidzenia samego siebie. I codziennego stresu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *