Ten post piszę dla samej siebie. Być może ktoś inny też się w nim odnajdzie, ale oby było takich osób jak najmniej…
Jeśli po tytule wpisu stwierdzisz, że jednak chcesz czytać dalej, to zapraszam. Wspólnie spróbujemy się nad tym zastanowić i znaleźć jakieś rozwiązanie.

Pamiętam, jakie emocje towarzyszyły mi tuż po maturze. Im bliżej października, tym większą ekscytację czułam. Nowe miasto, nowi ludzie, studia. Przecież to coś zupełnie innego niż szkoła! Nikt nie będzie już traktował nas jak dzieci, trzeba będzie samemu o wszystko zadbać. Poza tym nareszcie będę uczyć się tylko tego, co mnie interesuje, skończą się „zapychacze”.
A później zaczął się pierwszy semestr. Filozofia. Etyka inżynierska. Własność intelektualna i prawo autorskie. No, trochę się to rozbiegło z moimi wyobrażeniami. Pierwszy semestr nie był więc dla mnie żadnym wyzwaniem. Miałam zdecydowanie zbyt wiele wolnego czasu, a w głowie myśl „od drugiego semestru zacznę robić coś sama, kupię podstawową elektronikę i coś wymyślę. Przecież teraz nie miałabym pojęcia, co z tym zrobić”. I tak to właśnie minęło – na studia poświęcałam naprawdę minimalną ilość czasu i to w zupełności wystarczało. Myślałam sobie wtedy „kurczę, jakie to łatwe”. Nawet sesji nie pisałam, bo miałam dobre oceny z kolokwiów i można je było po prostu przepisać.

No i nastał semestr drugi. Po prostym poprzednim semestrze, teraz nie wiedziałam, w co ręce włożyć. Z perspektywy czasu widzę, że nie był on wcale aż tak wymagający, ale popełniłam sporo błędów, które mi później wszystko utrudniły.

  • Nastawiłam się na nicnierobienie
    Myślałam, że przecież nie może być dużo gorzej. Że pewnie będę musiała włożyć w to nieco więcej pracy, ale przecież bez przesady… Nadal robiłam to, na co miałam ochotę, a uczelnię zostawiałam na później, no bo i tak zdążę. Cóż, jednak się nie wyrabiałam, z różnych względów. Zaczęło się siedzenie po nocach i dwie godziny snu na dobę. Wyglądałam okropnie, nie miałam na nic siły, chodziłam zestresowana, raz nawet upadłam, bo przez chwilę tak mnie zamroczyło. Nie wyciągałam jednak żadnych wniosków. To dlatego w tamtym momencie tak bardzo nie lubiłam chodzić na zajęcia. Bo były dla mnie jednym wielkim stresem, bo wiedziałam, że przygotowanie do nich kosztowało mnie sporo zdrowia, chociaż przecież nie musiało tak być. Nie umiałam jednak zmusić się do pracy w dzień, przez co nakręcałam nienawiść do samej siebie i studiów. W końcu nastał taki moment, po którym powiedziałam: dość. To był kolejny poranek na wiadrze kawy, po nieprzespanej nocy. Byłam zła, bo wiedziałam, że nie będę mogła rzucić się na łóżko i zasnąć; następnego dnia miałam kolokwium. Wracałam z zajęć i po drodze zrobiłam coś strasznie głupiego: weszłam do sklepu i kupiłam napój energetyczny. Tłumaczyłam sobie, że to tylko jednorazowo, że inaczej nie dam rady.
    Uczyłam się do jakiejś 3, może 4. Nie pamiętałam nawet, jak kładłam się do łóżka, podejrzewam, że przypominało to raczej czołganie. Obudziłam się jakiś czas później z tak okropnym bólem brzucha, że nie wiedziałam, co się dzieje. Świat dokoła wirował, a mnie bolały całe wnętrzności, chciało mi się wymiotować i płakać. Nigdy w życiu czegoś takiego nie doświadczyłam i nikomu tego nie życzę. Takiego bólu nie da się zapomnieć, ale też ciężko go do czegokolwiek porównać. Miałam wrażenie, że jakaś niewidzialna pięść zaciska mi się na żołądku i jednocześnie ktoś inny kopie moje pozostałe narządy.
    Mało tego, byłam przekonana, że powinnam już wstawać; okazało się, że minęło jakieś 15 minut od momentu, gdy się położyłam…
    Po tym wszystkim przyszło otrzeźwienie. Zapytałam samą siebie, co ja właściwie robię i do czego chcę doprowadzić. Naprawdę się wystraszyłam.
    Semestr drugi się skończył i była to naprawdę ogromna ulga. W międzyczasie kolega namówił mnie do zakupu podstawowej elektroniki, by popróbować, jak to wszystko działa. Nauczył mnie lutować, pokazał, jak sprawić, by dioda zaświeciła. Bardzo mnie to wtedy cieszyło, znów poczułam, że może jednak te studia są dla mnie.

  • Brałam całą pracę grupową na siebie
    Na laboratoriach zwykle pracuje się w parach, bądź większych grupach. Biorąc pod uwagę fakt, że jest nas 300 osób na kierunku,  na swoją grupę można było trafić naprawdę różnie.
    No i niestety zdarzało się, że sprawozdania robiłam głównie ja. Częściowo dlatego, że chciałam, by były jak najlepsze, a poprawianie błędów kolegów zajmowało więcej czasu, niż pisanie tego od nowa. Z drugiej znów strony, przyzwyczaiłam ich do tego. Mówiłam, żeby po prostu wklepali dane i ewentualnie zrobili z tego wykres, a ja zajmę się resztą. No i siedzenie po nocach znów stało się normą…
    Nic więc dziwnego, że miałam tych studiów szczerze dość, skoro tak negatywnie mi się kojarzyły. Mało tego, za te sprawozdania dostawałam ledwo 3.5, w porywach 4, podczas gdy znajomi u innych prowadzących zgarniali piątki za dużo gorsze prace. Cały czas chciało mi się płakać, a moja samoocena drastycznie spadała w dół.

    Na trzecim semestrze zamieszkałam z chłopakiem. Wtedy, już po tych wszystkich doświadczeniach, miałam na tyle rozumu, by ogarniać uczelnię na bieżąco. Pomagał też fakt, że po prostu mówiliśmy sobie „teraz się uczymy” i każdy siedział nad swoim zadaniem, nikt nikogo nie rozpraszał.
    Trzeci semestr nie był zbyt ciekawy. Z niecierpliwością czekałam na czwarty, bo przecież „w końcu coś się musi zacząć dziać”.
    Ten czwarty semestr się właśnie kończy i jest dla mnie chyba największym rozczarowaniem. Miało być dużo pracy z elektroniką, wprowadzenie do urządzeń automatyki, mikroprocesory. Denerwuję się za każdym razem, gdy tylko o tym pomyślę. O ile jestem w stanie zaakceptować to, że jako takiej teorii powinniśmy uczyć się w domu, to za cholerę nie rozumiem, jak mamy się na przykład nauczyć obsługi oscyloskopu. To nie jest sprzęt, który kosztuje kilkadziesiąt złotych, który każdy z nas może sobie kupić. Irytowałam się, bo nikt nigdy nie pokazał nam najprostszych, najbardziej podstawowych funkcji, a przecież mieliśmy już kilka zajęć, na których się oscyloskopu używało. Za każdym razem musieliśmy albo eksperymentować, ale to zabierało za dużo czasu i tak naprawdę nie wiedzieliśmy, co robimy, albo wołać prowadzącego, który wciskał milion guziczków, a my patrzyliśmy z takim wyrazem twarzy, jakby uprawiał czarną magię.
    Podobnie z lutowaniem, byłam przekonana, że ktoś MUSI nam to pokazać. Ja co prawda lutować umiałam już wcześniej, ale wciąż nie mam w tym aż tak dużego doświadczenia.
    No cóż, coś tam może zostało pokazane, ale na cierpliwość czy wyrozumiałość nie można było liczyć. Źle zlutujesz = jesteś debilem.
    Inne zajęcia, które mogłyby, ba, wręcz powinny być ciekawe, zostały sprowadzone do bezmyślnego wykonywania instrukcji krok po kroku, bo nie mając z tym wcześniej do czynienia, nie było szans zrozumieć, co się robi.
    Skaczę z tematu na temat, ale naprawdę strasznie mnie to denerwuje i chciałabym opowiedzieć o wszystkim, wyrzucić to z siebie i znaleźć jakieś rozwiązanie.
    Rozmyślanie o tym często nie daje mi spać… Jak mam się czegokolwiek nauczyć, skoro nikt nam tego nie pokazuje? Niektórych rzeczy nie znajdę w książkach czy internecie. Po to poszłam na studia, by korzystać z wiedzy, którą prowadzący powinni się z nami dzielić. Jak mam się nauczyć czytać/rysować schematy, skoro nie mam szans tego poćwiczyć? Jak mam napisać dobry algorytm, skoro nie byłam do tego przygotowana?

    Te rozmyślania doprowadziły do tego, że zadałam sobie samej pytanie: czy robisz wszystko, co w twojej mocy, by polubić studia i wynieść z nich jak najwięcej?
    Odpowiedź była natychmiastowa.Nie. Oczywiście, że nie.
    Tak jak pisałam wcześniej, niektórych rzeczy nie da się nauczyć samemu. Ale mogłabym przecież poćwiczyć programowanie, popróbować łączyć jakieś proste układy. Po to, by znów stało się to dla mnie radością, bym przypomniała sobie, dlaczego wybrałam ten kierunek studiów.
    Zamiast narzekać, że nic nie wynoszę z laboratoriów, mogłabym przygotować się do nich lepiej, poszukać informacji w różnych źródłach i skupiać się na tym, co robię. Starać się zrozumieć, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej i po co tak właściwie się to robi.
    Mogłabym też pójść na konsultacje i poprosić o wytłumaczenie tego, czego nie rozumiem.
    A ja postępuję całkiem głupio, bo zatraciłam się w tej swojej opinii, że „te studia nie mają żadnej wartości”. No skoro nie mają, to im ją nadaj. Przestań tylko wymagać, by podawano Ci rozwiązanie na tacy. Czytaj literaturę popularnonaukową, interesuj się tym, co chcesz robić. I działaj, przede wszystkim działaj. Tu i teraz, rób wszystko, na co Cię stać, byle tylko nie marnować tego cennego czasu, a wycisnąć z niego jak najwięcej. Żyj tym, a jeśli nie czujesz, że robisz to, co kochasz – odpuść. Tego też trzeba się nauczyć.

3 thoughts on “Dlaczego przestałam lubić swoje studia?”

  1. Wow, ta końcówka posta zmienia wszystko – jakbym nie doczytała, to bym myślała, że znielubiłaś studia przez studia, a nie przez swoje podejście 🙂 Bardzo życiowe – nie wystarczy się znaleźć w odpowiednim miejscu, ale trzeba jeszcze postarać się wyciągnąć z tego jak najwięcej 🙂

  2. Tak czułam, że warto będzie przeczytać tekst do końca. Gratuluję samozaparcia i bardzo popieram takie podejście, mam podobne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *