Dziś miało być o czymś innym, ale wiadomo, życie pisze własne scenariusze. No bo tak – będzie znów o pisaniu. Tym przykładem posłużę się, by pokazać coś ważniejszego, co moim zdaniem opanowało nasze społeczeństwo. Są wakacje, ja nie mam presji studiów (w trakcie semestru zawsze znajdzie się coś innego do roboty) i zaspokajam moją duszę artystki. Jak ktoś mnie dłużej zna to wie, że nie spocznę, dopóki nie wydam tej mojej ukochanej, wymarzonej powieści. Jako że zazwyczaj mam duże przerwy w pisaniu, to łapię się wszelkich wyzwań pisarskich jak narkoman na głodzie, po to, by nie wypaść całkowicie z roli. Sporo się przy tym uczę – nawet jeśli nie dowiem się niczego nowego to odświeżę i usystematyzuję swoją wiedzę.

Ostatnio też zapisałam się do jednego takiego wyzwania, trwającego całe 6 dni (dziś jest czwarty). Te głupie kilka dni pozwoliło mi wdrożyć się z powrotem w moją powieść, spojrzeć na nią innym okiem. Sprawiło, że stukam jak opętana w klawiaturę i doradzam także innym – mamy swoją grupę na Facebooku.

Ja nie umiem słodzić – jak mi się coś nie podoba, to piszę prosto z mostu, bo uważam, że tylko w ten sposób można się czegoś nauczyć. Z drugiej znów strony – jeśli jestem pod wrażeniem czyjegoś tekstu, to biegnę, żeby autorowi pogratulować.

Jednak jeden z uczestników wyzwania zauważył coś ciekawego: jest nas na grupie nieco ponad 300 osób, a udziela się garstka. Zaczęło się zastanawianie: dlaczego?

Jeśli dostajemy możliwość, by za darmo się czegoś nauczyć, otrzymać rady od mniej i bardziej doświadczonych kolegów po fachu – korzystamy z tego, prawda? No właśnie, nie do końca tak jest… Jasne, ćwiczenia z tego wyzwania można przerabiać w swoim własnym zaciszu i nie dzielić się twórczością ze światem, ale zyskujemy wtedy wiele mniej. Czasami wydaje nam się, że to, co robimy jest wybitne i lepsze być nie może, przecież poświęciliśmy na to tyle czasu. Ale wystarczy pokazać to komuś, kto siedzi w danej dziedzinie i nagle sami zaczniemy zauważać, ile rzeczy można jeszcze poprawić. To działa też w drugą stronę. Ilu z nas zrezygnowało ze swojej szansy tylko dlatego, że uznało się za beznadziejnych i chwilowe niepowodzenie przekuło się w rezygnację z marzeń? A może ktoś inny zauważyłby potencjał, wskazał błędy,które można poprawić, ale także pozytywy naszego dzieła?

Przestańmy się wreszcie bać krytyki. Jesteśmy różni. Jednemu z nas coś może zapierać dech w piersiach, innej znów osobie w ogóle się nie spodoba. I to jest całkowicie normalne, nikt nie jest w stanie dogodzić każdemu.

Domyślam się też, że część osób zapisanych na to wyzwanie zrobiło to tylko po to, by zagłuszyć wyrzuty sumienia. Wiem, bo sama tak kiedyś robiłam. Wydawało mi się, że jestem taka zapracowana i sumienna, bo kupowałam kolejną książkę z danej dziedziny, szukałam mnóstwa kursów, a tak naprawdę to, nad czym pracowałam, stało w miejscu. Dlatego tylko, że zamiast postawić na jakość i skupić się na jednym źródle, z którego mogłam czerpać wiedzę, ja szukałam dalej i na tym szukaniu najczęściej się kończyło.

Ostatnio mam taki nastrój, że najchętniej tylko wylewałabym swoje żale i niekiedy potrafię kogoś zjechać od góry do dołu. Bo mam już dosyć. Skończmy z tym narzekaniem, że się nie da, że nie ma możliwości. Przestańmy oszukiwać siebie, że coś robimy – jeśli nasza praca nie posuwa się do przodu to tylko siedzimy z dupami i czasami zajrzymy na chomika, by pobrać kolejny poradnik – przecież to już krok w dobrą stronę! Teraz już nikt nam nie zarzuci, że jesteśmy leniwi.

Moi drodzy, to tak nie działa. Możecie sobie myśleć: „co taka małolata wie o życiu? Założyła bloga i się wymądrza”. Też kiedyś wolałam narzekać, zamiast wziąć się do pracy. Na szczęście zauważyłam, że to wcale nie przybliża mnie do celu. Miałam już dość oszukiwania samej siebie. I tego właśnie, drogi Czytelniku, Ci życzę. Żebyś przestał się w końcu oszukiwać 🙂

One thought on “Czy naprawdę chcesz się uczyć?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *