Podsumowanie poprzednich, wakacyjnych miesięcy pokazało mi, że jest to dobry sposób na uświadomienie sobie, jak szybko ucieka czas i że jednak można wykorzystać go w lepszy sposób.

Co robiłam w październiku?

Sporo czytałam. Ostatnio nie mogłam znaleźć nic, co by mnie zainteresowało i wciągnęło. Nudząc się na jakimś wykładzie, przeglądałam swojego Kindla i natknęłam się na Delirium Lauren Oliver. Nie mając nic lepszego do roboty, zaczęłam czytać… i przepadłam. Być może jest to książka Young Adult, których staram się unikać, ale – już prawie dwa tygodnie temu skończyłam całą trylogię i wciąż wracam do niej myślami. Dla mnie to powieść z ciekawą historią, poprawnie napisana, ale przede wszystkim ogromny bodziec do przemyśleń, a to cenię najbardziej. Wielu z nas szuka teraz pomocy i wsparcia w poradnikach, ale dla mnie najpiękniejsze jest, gdy to książka, która ma być formą relaksu i odpoczynku, dostarcza tak silnych emocji. Uwierzcie, że zarywałam dla tej trylogii noce, a później jeszcze długo nie mogłam zasnąć, mimo że ciało już dawno opadło z sił.

Wy wszyscy, gdziekolwiek jesteście: wy w strzelistych miastach i wy w małych wioskach.
Znajdźcie w sobie to, co najtwardsze, kamienne bryły, żelazne pręty i ogniwa, i wyrzućcie precz. Umówmy się tak: zrobię to, jeśli i wy to zrobicie, teraz i na zawsze.
Zburzcie mury.

Poza tym skończyłam Księgę I Pustynnej Włóczni (Peter V. Brett) i jestem w połowie drugiej. Ten cykl także bardzo polecam, chociaż nie wywołuje we mnie aż tak silnych emocji.

W październiku było też eksperymentowanie z nowymi wypiekami. Odnalazłam najlepszy przepis na ciasto marchewkowe, upiekłam ciasteczka owsiane, gdy musiałam na szybko zrobić coś z niczego, stworzyłam także te maślane z białą czekoladą i żurawiną. Poza tym standardowo chlebek bananowy, bo jesteśmy od niego uzależnieni :). Takie pieczenie czy gotowanie bardzo mnie odpręża i gdy tylko mam czas, staram się wykombinować coś nowego.

Muszę Wam się przyznać, że ten październik naprawdę pędził jak szalony. Na studiach sporo się dzieje, ciągle jest coś do roboty. Poza tym ciągle wyszukuję sobie jakieś nowe zajęcia, układam dużo kostek i… w ostatnich dniach minionego miesiąca zrobiłam coś szalonego.

Już kiedyś słyszałam o czymś takim, jak narodowy miesiąc pisania, NaNoWriMo. Wtedy jednak przerażało mnie 50 tysięcy słów, które podczas tego miesiąca trzeba napisać. Zakładając, że będzie się pisać codziennie, wypada 1667 słów na każdy dzień – podczas gdy ja cieszyłam się, gdy udało mi się dobić do tysiąca przez pięć dni z rzędu. Ale no… Tutaj opowiadałam Wam o tym, jak to z tym u mnie jest. Miałam już dość tego, że nie mogę iść dalej, bo ta jedna historia nie chce mnie opuścić i domaga się spisania. Dlatego też kilka dni temu postanowiłam dołączyć do wyzwania i na ostatnią chwilę tworzyłam jeszcze notatki, mapy, postacie. Byłam też na spotkaniu ludzi z Wrocławia, którzy biorą udział w NaNo już od kilku lat. Czuję się z tym naprawdę wspaniale!

Wczoraj było wielkie odliczanie do północy, a ja uparłam się, żeby pierwszą porcję słów skończyć jeszcze zanim pójdę spać. Tym sposobem mam już 1852, a do końca dnia zostało sporo godzin. Rozpiera mnie radość 🙂

 

Powoli też kiełkuje we mnie pewien pomysł na życie. Dużo myślę o tym, jak chcę, by ono wyglądało, odrzucam rzeczy, które mnie blokują i nie sprawiają radości. Tym też sposobem wybrałam przedmioty na studiach, do których chcę się przyłożyć ze zdwojoną mocą i te, które wystarczy, żebym zdała. Październik był więc dla mnie trochę takim miesiącem decyzji, przemyśleń i wielu emocji. Patrzę wstecz i widzę, że się rozwijam, coraz mniej denerwuję tym, na co nie mam wpływu i zwyczajnie żyje mi się lepiej. Zaczęłam też ćwiczyć sobie na stepperze, co dodaje mi energii, więc takie 20 minut jest idealne z rana.

Jako że sporo się działo, brakowało mi takiego miejsca, w którym mogłabym zapisywać wszystkie ważne daty, cele i jednocześnie plany na dany dzień. Mój upośledzony bullet journal przestał się sprawdzać, dlatego postanowiłam, że w listopadzie czas na zmiany i oto jest, szczyt moich możliwości estetycznych :D. Nie no, zwyczajnie szkoda mi czasu na dekorowanie go, chociaż wciąż wzdycham do tych pięknych stron z pinteresta.

W listopadowym bujo znalazł się więc kalendarz miesięczny, książki, które chcę przeczytać i filmy, które chcę obejrzeć, poza tym podział tygodniowy, w którym mam zamiar umieszczać wszelkie deadline’y i plany na te kilka najbliższych dni.
Standardowo dalej mam rozkład każdego dnia osobno, bo potrzebuję dużo miejsca na planowanie i zapisywanie tego, o czym nie chcę zapomnieć.

Mam nadzieję, że z każdym kolejnym miesiącem mój bullet journal będzie wyglądał coraz lepiej, pewnie dodam też kilka innych funkcjonalności.

Wiecie, dlaczego dokleiłam te różowe karteczki? Bo byłam przekonana, że dzisiaj wtorek. No, także tego…

A jak Wam minął październik? Mam nadzieję, że cudownie i że ten miesiąc zapowiada się na pełen dobrych emocji i radości. Trzymajcie się ciepło!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *