Dzisiaj znów będzie tak pogadankowo. Może trochę pomarudzę, ponarzekam, ale to wszystko po to, by zwrócić uwagę na problem, który – wydaje mi się – dotyka nas na coraz większą skalę.

Od prawie trzech lat udzielam korepetycji z matematyki. Przez ten czas przewinęło się u mnie sporo uczniów, duża część z nich to dzieci z podstawówki, gimnazjum. Wiele zdążyłam zauważyć i nie zliczę, ile rzeczy, których się od nich dowiedziałam, zwyczajnie mnie zszokowało.
Dzisiaj porozmawiamy sobie o polskim szkolnictwie.

Nauczycielom się nie chce

Zaczynamy z grubej rury, bo taka jest prawda. Z jedną dziewczyną stwierdziłyśmy, że chcemy się przygotowywać do konkursu. Ostatnio zapytałam ją, kiedy on dokładnie jest i ile osób z jej klasy bierze udział. Wiecie, czego się dowiedziałam? Że właściwie nikt nie zna konkretnej daty i nawet nie jest pewne, czy nauczycielka ją na ten konkurs zawoła. Okej, konkursy są czymś dodatkowym, ale to jest dla mnie niepojęte!

Dzieci między innymi po to chodzą do szkoły, by odkryć, co je interesuje, w czym są dobre. A nie oszukujmy się, zwykłe codzienne lekcje nie są w stanie wyciągnąć z nich tego w pełni.

Podstawówka i czasy gimnazjum to najlepszy wiek na naukę nowych rzeczy. Ma się mnóstwo czasu, mniej problemów i obowiązków, a jednocześnie dużo bardziej chłonny umysł. Dlatego tak bardzo mnie boli, gdy widzę, jak marnuje się potencjał tylu osób.

Szkoda, że niewielu nauczycieli jest nimi z powołania. Ja osobiście czuję wielką satysfakcję, gdy któryś z moich uczniów zrozumie omawiany temat, dostanie piątkę, chociaż wcześniej ledwo wyciągał na dwóję, albo powie „Proszę pani, bo mnie się ta matematyka podoba”. Nie ma lepszej nagrody dla nauczyciela.

Dzieci są demotywowane

Przez długi czas ja sama nie zdawałam sobie z tego sprawy. Gdy jeszcze chodziłam do podstawówki czy gimnazjum, zawsze były takie osoby, które gorzej sobie radziły, a nauczyciele zamiast poświęcić im więcej czasu – oskarżali, wyśmiewali przy całej klasie.

Trzy tygodnie temu miałam pierwszą lekcję z nową dziewczynką z 6 klasy. Zazwyczaj ta pierwsza godzina jest taka zapoznawcza, robimy luźniejsze rzeczy, żeby przekonać się nad czym trzeba popracować, a z czym nie ma problemu. Byłam w szoku, gdy usłyszałam, że w poprzedniej klasie na koniec roku miała z matematyki tróję. Dziewczynka przy mnie robiła płynnie wszystkie zadanka, czasami tylko potrzebowała pomocy, ale generalnie wieloma rzeczami pozytywnie mnie zaskoczyła.

Ja wiem, że oceny nie zawsze odzwierciedlają rzeczywistą wiedzę. Ale to są DZIECI. Jaką one mają mieć motywację, gdy nikt nie docenia ich pracy i wysiłku? Dostaną jedną tróję, później drugą i w końcu przestaną się uczyć, bo nie będą widziały w tym sensu.

Problem tej dziewczynki polegał też na tym, że na sprawdzianach strasznie zżerał ją stres. Nauczycielka chodziła między uczniami i zaglądała w kartki, a sami na pewno pamiętacie ze szkoły, jakie to było nieprzyjemne. Poza tym, z tego co się dowiedziałam, nie było nagród za dobre odpowiedzi przy tablicy, były za to kary, gdy się czegoś nie wiedziało. Mówcie sobie, co chcecie – dla mnie to nie jest dobra metoda nauczania dzieci.

Z tych maluchów wyrosną kiedyś dorośli, którzy nie będą znali własnej wartości, przekonani o tym, że wszystko co robią nigdy nie będzie dość dobre. A skoro tak jest wychowywane najmłodsze pokolenie, to jaki świat zastaniemy za kilkadziesiąt lat? Pełen niewierzących w siebie ludzi, którzy ze strachu przed porażką będą stali w miejscu?

Zawód nauczyciela jest bardzo odpowiedzialny. Dzieci prawie połowę swojego życia spędzają w szkole, która powinna ich uczyć i wychowywać. Ogromnie ważne jest, by od samego początku mówić im, że mogą osiągnąć wszystko, jeśli tylko włożą w to odpowiedni wysiłek. Trzeba chwalić, motywować, nagradzać. Uwierzcie, wystarczą słowa: „świetnie Ci idzie” czy „widać dużą poprawę”, by zobaczyć ten błysk w oku i delikatny uśmiech. A później te same dzieciaki, które kiedyś siedziały nad książką ze zwieszonym nosem, teraz biegną otworzyć Ci drzwi i od wejścia krzyczą, że sprawdzian napisali na piątkę z plusem.

Przyzwyczajanie do schematów

To natomiast zauważyłam szczególnie u moich starszych uczniów, tych ze szkoły średniej. Wiecie, czasami dzwonią do mnie osoby, które ogólnie jakoś tam sobie radzą, ale nie mogą zrozumieć któregoś konkretnego działu. Wtedy umawiamy się na 3-4 lekcje i siedzimy tylko nad tym, z czym jest problem.

Często jest tak, że uczeń zwyczajnie nie wie, jak zacząć. Dostaje zadanie z treścią i wpatruje się w nie jakby było w obcym języku. Dopiero gdy z moją dużą podpowiedzią dochodzimy do tego, co trzeba robić, zaczyna liczyć bez problemu. Dlaczego tak się dzieje?

W szkołach jesteśmy przyzwyczajani do tego, by rozwiązywać zadania według pewnych schematów. Widzisz trójkąt prostokątny, użyj twierdzenia Pitagorasa; funkcja kwadratowa – delta. Tylko nie zawsze jest tak, że mamy to podane na tacy. Często w zadaniu chodzi o to, by samemu dojść do tego, że trzeba znaleźć taki trójkąt i dopiero wtedy użyć odpowiedniej metody. Tego się już niestety nie uczy.

Zaobserwowałam też, że wiele osób często w ogóle nie wie, co robi. Odruchowo zaczyna coś liczyć, ale bez zastanowienia się, dlaczego właściwie tak powinno być. Ja rozumiem, że na lekcjach wiecznie brakuje czasu i ilość materiału może być zbyt duża w stosunku do ilości godzin. Ale czasami lepiej byłoby przerobić mniej zadań na lekcji, a zamiast tego wytłumaczyć, skąd się to wszystko bierze.

 

To są moje przemyślenia i obserwacje. Oczywiście nie twierdzę, że tak jest w każdej szkole, ale niestety tych przypadków jest zbyt wiele. Sama miałam ogromne szczęście, jeśli chodzi o liceum i teraz na studiach często to zauważam.

Wiem, że samo pisanie w niczym nie pomoże, ale mam nadzieję, że ktoś, kto to przeczyta, zastanowi się przez chwilę. Mam tutaj na myśli nie tylko osoby, które zajmują się nauczaniem, ale też rodziców. Nie posyłajcie dziecka do pierwszej lepszej szkoły tylko dlatego, że jest blisko. Zadbajcie o to, by w przyszłości czuć dumę z tego, co to dziecko osiągnie. Dobre wykształcenie i odpowiednia motywacja to podstawa, o której taki mały człowiek jeszcze nie zdaje sobie sprawy, a która zwyczajnie może mu zapewnić lepsze życie.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z nowymi postami, to przypominam, że można mnie śledzić na Facebooku i Instagramie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *